WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Heidi Chronicles, Music Box Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fot. Joan Marcus Heidi Chronicles
The Music Box Theatre
1 kwietnia 2015
4 gwiazdki
Jest rok 1977. Pomieszczenie jest absurdalnie wystawne, w sposób typowy dla ostentacyjnie drogich hoteli. Ton nadają ogromne, kiczowate żyrandole. Trwa wesele, ważna uroczystość towarzyskiej elity. Znajomi pana młodego szukają ucieczki. Ale on ich odnajduje, bo choć wśród gości jest David Cassidy, to właśnie oni są dla niego najciekawszymi ludźmi w sali. W tej grupie jest kobieta, którą naprawdę kocha – jego wieloletnia partnerka, z którą wiecznie się schodzi i rozchodzi. W końcu zostają sami, a on wyjaśnia, że nie mógłby się z nią ożenić: ona jest „klasą samą w sobie”, osobą zmieniającą świat, kobietą, która pragnie tych samych wyzwań i sukcesów co on. Nie potrafiłby poradzić sobie z konkurencją, jaką by dla niego stanowiła. Zrozumiałe, że ta wiadomość głęboko ją porusza, rani i szokuje.
Ponieważ Heidi wie, że to, co on mówi, jest prawdą.
Oto nowa odsłona „The Heidi Chronicles”, wyróżnionej Nagrodą Pulitzera sztuki Wendy Wasserstein w reżyserii Pam Mackinnon, wystawianej obecnie w broadwayowskim The Music Box Theatre. Spektakl zdobył również nagrodę Tony w 1989 roku i był wówczas odświeżającym, ciętym głosem, wywołującym powszechne poruszenie.
Dziś, w „oświeconym” XXI wieku, sztuka nie straciła nic ze swojej siły i wnikliwości, choć niektóre sposoby prezentowania idei mogą wydawać się nieco przestarzałe. To opowieść o nierównościach, z jakimi kobiety mierzą się każdego dnia w niemal każdym aspekcie życia, o tym, jak bywają dla siebie nawzajem bezlitosne, oraz o trudach, blaskach i cieniach wieloletnich przyjaźni. Wątki dotyczące przyjaźni stanowią najbardziej przejmujący i pełen pasji punkt kulminacyjny sztuki; mało kto obejrzy te sceny i nie odnajdzie cząstki siebie lub swojego życia w relacjach ukazanych na przestrzeni kilku dekad trwania narracji.
Kluczem jest tu uniwersalność. Postaci stworzone przez Wasserstein mogą być Amerykanami, ale problemy i dylematy, w których tkwią, są ogólnoludzkie. Mężczyźni wciąż traktują kobiety fatalnie; kobiety wciąż bywają okrutne wobec siebie nawzajem; marzenia o karierze rzadko współgrają z życiem osobistym, a na świecie wciąż brakuje wartościowych partnerów dla ambitnych kobiet, które pragną zarówno spełnienia zawodowego, jak i pełnego miłości związku.
W dzisiejszym świecie rzadko rozmawia się o tych tematach w taki sposób, jak robią to bohaterowie sztuki. Panuje niemal powszechne przekonanie, że poszliśmy naprzód, a los kobiet uległ znacznej poprawie. Co ciekawe, oglądanie tej sztuki dzisiaj – osadzonej dokładnie w tych okresach, w których pierwotnie się rozgrywała – tylko wzmacnia jej przekaz; wręcz uwypukla fakt, jak niewiele się zmieniło mimo upływu lat.
Forma, jakiej używa Wasserstein, by ukazać życie głównej bohaterki i jej otoczenia, pozostaje świeża. Oba akty rozpoczynają się od fragmentu wykładu, który tytułowa Heidi, historyczka sztuki, wygłasza przed zasłuchaną publicznością. Wykazuje ona, że w historii sztuki poświęca się niewiele miejsca wybitnym artystkom, popierając tezę konkretnymi dziełami. Poczucie bycia kobietą zapomnianą i pominiętą jest w tych scenach zarysowane niezwykle zręcznie. Co więcej, konkretne dzieła sztuki mówią o pozornych bogactwach, rzekomych przywilejach i o kobiecie, która zamiast mierzyć się z rzeczywistością, ucieka od niej.
Przykłady potwierdzają tezę, ale lekcje niekoniecznie zostają odrobione. Dotyczy to zarówno bohaterek obrazów omawianych przez Heidi z akademicką pasją, jak i jej własnego życia oraz losów jej przyjaciół.
W kluczowej rolach Elisabeth Moss jest wręcz wybitna. Jednocześnie opanowana i pełna bólu, jej Heidi to postać krwista i autentyczna: atrakcyjna, inteligentna, ambitna, pewna siebie i bezkompromisowa nowoczesna kobieta. W sztuce, w której niemal wszystkie postaci z czasem adaptują się lub zmieniają poglądy, Heidi w wykonaniu Moss pozostaje wierna własnej wizji i marzeniom, niezależnie od osobistych kosztów, jakie ponosi.
Moss prowadzi tę postać z delikatnością i zachwycającą pewnością siebie. Scena otwierająca, w której Heidi wraz z koleżanką są na szkolnej potańcówce, to fantastyczny popis niepewności i nonkonformizmu, który definiuje jej charakter. Sceny z Jasonem Biggsem są wzorcowe i rzucają światło na słabości oraz siłę bohaterki. Monolog w drugim akcie – kolejny wykład, lecz jakże inny od tych o sztuce – jest idealnie wyważony i przesiąknięty bólem.
Jednak jej najlepsza scena ma miejsce w momencie, gdy dwaj najważniejsi mężczyźni w jej życiu uciszają ją podczas ogólnokrajowej transmisji telewizyjnej, przy czynnym udziale prowadzącej. Milcząca, niedowierzająca wściekłość Moss jest hipnotyzująca. Aktorka jest w nadzwyczajnej formie.
Jako uprzywilejowany „sportowiec” z mózgiem, ale bez skłonności do ryzyka, Jason Biggs okazuje się trafnym wyborem do roli Scoopa – dziennikarza, który jest prawdopodobnie miłością życia Heidi. Idealnie arogancki, rygorystyczny intelektualnie, ale skażony żądzą i ambicją, Scoop jest typem mężczyzny, z którym współczesne kobiety nieuchronnie muszą się mierzyć. Skupiony na sobie i obojętny wobec żony, a jednocześnie osobliwie przejęty tym, co myślą o nim dzieci. Biggs w tej dojrzałej i złożonej roli radzi sobie znakomicie.
Drugim mężczyzną w życiu Heidi jest Peter, lekarz, w którym bohaterka cicho, lecz trwale się zakochuje, choć nigdy nie dochodzi między nimi do zbliżenia. Bryce Pinkham w tej roli zbyt mocno przypomina Johna Inmana, by postać była w pełni wiarygodna; owszem, jest bardzo zabawny, ale ten humor ma swoją cenę. Nie ma powodu, przynajmniej w pierwszym akcie, by Peter był tak przerysowany i kampowy. Heidi nie jest naiwna i powinna natychmiast zorientować się, że Peter jest gejem, biorąc pod uwagę to, jak bardzo „tęczową” interpretację serwuje Pinkham. Przez to nagłe wyznanie Petera jest szokiem dla Heidi, ale nie dla publiczności.
W drugim akcie pojawia się kolejny problem. Finałowa scena Pinkhama powinna być mocniejsza i bardziej druzgocąca. Jednak utrwalona wcześniej wesołkowatość osłabia siłę konfrontacji z Heidi, gdy ta nagle ogłasza, że planuje uciec od swojego dotychczasowego życia. To niewykorzystana szansa.
Pozostałe kobiety w otoczeniu Heidi są zagrane świetnie i z pazurem przez Tracee Chimo, Ali Ahn, Leighton Bryan i Elise Kibler. Ahn jest znakomita jako krzykliwa Susan, która zmienia zawód tak często jak ubrania; Chimo rewelacyjnie wypada jako gniewna lesbijka, a później jako przymilna, okropna prezenterka telewizyjna, zaś Bryan jest wybitna w roli upokarzanej żony Scoopa. Kibler i Chimo szczególnie przekonująco pokazują zmiany, jakie kobiety narzucają sobie w pogoni za sukcesem.
Muzyka i projekcje pomagają płynnie przechodzić między kolejnymi latami. Sposób, w jaki Mackinnon prowadzi role kobiece, robi ogromne wrażenie, a całość ma w sobie intensywność i energię, która angażuje widza. Tempo ani na chwilę nie zwalnia. Scenografia Johna Lee Beatty’ego zmienia się z każdą sceną, zachowując jednak surowy, kliniczny charakter, co podkreśla analityczną naturę historyczki sztuki i swoistą sekcję zwłok życia Heidi.
Dwie starsze panie siedzące obok mnie stwierdziły, że sztuka jest „niedzisiejsza” i że „kobiety nie rozmawiają już o tych sprawach w ten sposób”. Fascynujące. Absolutnie powinny. Tekst Wasserstein wciąż ma wiele do zrobienia – powinien być lekturą obowiązkową dla młodych mężczyzn na całym świecie.
To dojrzałe i niezwykle satysfakcjonujące wznowienie, ze świetlistą i boleśnie szczera rolą Elisabeth Moss.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności