Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Herd, Bush Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Udostępnij

The Herd

Bush Theatre

2 października 2013

5 Gwiazdek

Na premiery nowych sztuk zawsze wybieram się z mieszanką lęku, ekscytacji, niecierpliwości i nadziei – a najczęściej tylko jedna z tych emocji zostaje rzeczywiście wystawiona na próbę. Czasem sytuacja dramatyczna jest niedorzeczna; czasem dialogi są toporne i całkowicie niewiarygodne, pozbawione poezji, wyobraźni czy kunsztu; czasem aktorzy nie dorastają do zadań postawionych przez dramatopisarza; czasem reżyser odciska na dziele piętno, które skutkuje jedynie blichtrem lub tanią sensacją zamiast iluminacji i głębokiego zrozumienia; czasem zaś sztuka jest po prostu fatalna. A czasem, tak jak teraz w Bush Theatre, wydarza się coś prawdziwie cudownego.

„The Herd”, debiut dramatopisarski Rory'ego Kinneara, to pewny i wręcz mistrzowski wgląd w dynamikę rodziny, w której najmłodszy syn, właśnie kończący 21 lat, urodził się z ogromnymi dysfunkcjami fizycznymi i intelektualnymi. To chłopiec, który przez całe życie wymagał specjalistycznej i drobiazgowej opieki – życie, które zbliża się teraz do swoich ostatnich, smutnych chwil. Jego rodzina, związana miłością, ale rozdarta przez sytuację i sposób, w jaki każdy zareagował na jego narodziny i potrzeby, to dysfunkcyjna grupa gniewnych, osamotnionych i zdesperowanych dusz – jednak w żadnym wypadku nie są to papierowe postaci czy karykatury.

Kinnear nakreślił każdą postać – matkę, siostrę, babcię, dziadka, chłopaka siostry i wyobcowanego ojca, który porzucił rodzinę – z ogromną starannością, brutalną szczerością i prawdą, której nie sposób zignorować. Sztuka jest równie zabawna, co druzgocąca, a kiedy uderza w czułe struny, robi to bez litości. Anna Calder-Marshall i Kenneth Cranham są idealni pod każdym względem jako dziadkowie; to wyraziste postaci z pulsującym życiem i drobnymi, błyskotliwymi detalami, które czynią z nich wspaniały fundament zarówno dla komizmu, jak i tragedii. Każde z nich bezbłędnie podaje każdą kwestię, tworząc role o oszałamiającej sile, a ostatecznie – niosące radość. Długo nie zapomnę apelu Cranhama do skompromitowanego, trudnego ojca granego przez Adriana Rawlinsa, by ten zrobił wszystko, by stanąć u boku syna, ani niezwykłego monologu Calder-Marshall skierowanego do tego samego człowieka o tym, dlaczego jej córką kieruje bezgraniczna miłość do dziecka.

Amanda Root jest krucha, ogarnięta obsesją i całkowicie przekonująca jako zdruzgotana matka. Ma świetne wsparcie w Rawlinsie, który gra wycofanego, powracającego ojca z hipnotyzującą złożonością, intymnością i intensywnością. Adrian Bower jest doskonały jako chłopak córki (stolarz i poeta-performer w jednym) – jego kreacja to idealne połączenie niezręcznego geeka i entuzjastycznego kochanka.

Zdecydowanie najtrudniejszą rolą jest postać siostry – rodzeństwa, którego życie upłynęło w cieniu chorego młodszego brata; dziecka, które musiało przedwcześnie dorosnąć i stać się odpowiedzialne; córki, która straciła ojca przez sytuację brata i która zawsze, bez skargi, musiała „być przy matce”. Louise Brealey radzi sobie nieźle i ma momenty absolutnej perfekcji, ale ogólnie wydaje się nieco przytłoczona tym zadaniem; to niezwykle wymagająca rola w zespole o bardzo wysokich umiejętnościach. Nie jest to zła gra, po prostu czuje się, że ta postać czeka na jeszcze pełniejszą interpretację w wykonaniu bardziej doświadczonej aktorki.

Howard Davies prowadzi spektakl z nieskazitelną lekkością, a 110 minut mija jak powiew wiatru w piękny jesienny dzień. Scenografia Helen Goddard jest świetna, choć umieszczenie drzwi wejściowych w niefortunnym miejscu pozbawia około połowę widzów (spektakl wystawiany w formule „in-the-round”) możliwości zobaczenia kluczowych scen, które się tam rozgrywają. Są to jednak drobne mankamenty.

To wspaniały wieczór w teatrze, ożywczy i satysfakcjonujący, a dla Kinneara – obiecujący debiut. Ta sztuka mogłaby być wystawiana wszędzie – i powinna. Ma do przekazania błyskotliwe i piękne prawdy o miłości, rodzicielstwie i rodzinie, a na dodatek jest diabelsko zabawna. To znacznie lepszy debiut niż „The Last of the Haussmans” (Ostatni z rodu Haussmanów), który debiutował w National Theatre w zeszłym roku, mimo pewnych podobieństw tematycznych. Powinien po nią sięgnąć Teatr Narodowy i każda scena, której zależy na doskonałym teatrze współczesnym. Pozycja obowiązkowa.

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS