WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Hired Man, Union Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Obsada The Hired Man. Foto: Paul Nicholas Dyke
The Hired Man
Union Theatre
22 lipca 2017
3 Gwiazdki
Zarezerwuj teraz Niedawno mieliśmy okazję zobaczyć Andrew Linniego w koncercie w Cadogan Hall, gdzie zaprezentował prawdopodobnie najbardziej definitywne wykonanie tej przełomowej, pierwszej sztuki muzycznej Howarda Goodalla, jakie przyszło nam słyszeć od lat. Każdy zespół podejmujący się tego wyzwania ze świeżym wspomnieniem tamtego sukcesu w pamięci widzów, musi wykazać się niezwykłym sprytem, by jak najlepiej wykorzystać dostępne mu środki. Union Theatre wielokrotnie dowodziło, że ich kameralne produkcje potrafią dorównać estetycznie i artystycznie wielkim spektaklom – „Chess” czy „Bad Girls” z ostatnich sezonów są tego doskonałym przykładem. Oczekiwania były więc ogromne, gdy Union ogłosiło wznowienie tego tytułu, pamiętając o dziedzictwie trylogii Goodalla: „The Dreaming”, „Love Story” oraz „Girlfriends”. Co nas zatem czekało?
Pod względem obsady produkcja prezentuje się bez zarzutu. Ifan Gwilym-Jones jako John Tallentire jest szczery i pełen niepokoju, a Rebecca Gilliland w roli Emily czaruje czystym głosem i autentycznością. Luke Kelly jako Jackson Pennington to pewne siebie źródło małżeńskich kłopotów, natomiast Christopher Lyne gra powściągliwego Penningtona w stylu Des Grieux. W pozostałych rolach występują: Kara Taylor Alberts, Jack McNeill, Sam Peggs, Jonathan Carlton, Megan Armstrong, Matthew Chase, Rebecca Withers, Aaron Davey, Laurel Dougall i Nick Brittain. Paradoksalnie jednak najbardziej magnetyczną osobowością na scenie jest członkini zespołu, Lori McLare, która przez cały wieczór wypowiada zaledwie dwie kwestie. To prawdziwe odkrycie – jej wyrazista twarz oddaje całą gamę emocji, porusza się z niemal baletową gracją i potrafi fascynować nawet stojąc w całkowitym bezruchu. Można się tylko zastanawiać, skąd u niej taka dbałość o detale, skoro nie wydaje się ona cechą charakterystyczną całej produkcji.
The Hired Man. Foto: Paul Nicholas Dyke
To epicka opowieść o rodzinie w burzliwych czasach, śledząca ich losy od pracy na roli, przez kopalnie węgla, okopy, aż po powrót do ziemi. Poszczególne epizody muszą być czytelne, a ciąg wydarzeń w pełni zrozumiały i wiarygodny. Nawet oryginalna West Endowa produkcja w Astoria Theatre, którą miałem okazję widzieć, momentami miała z tym problem. Tymczasem reżyseria Samuela Hopkinsa w Cadogan Hall, mimo ograniczeń wąskiej platformy, opowiedziała tę historię z zadziwiającą klarownością. Tam zamiast mebli postawiono na projekcje tworzące klimat miejsc. Chór pojawiał się oszczędnie, w oratoryjnym stylu, co mocniej skupiało uwagę na głównych bohaterach. Co istotne, Hopkins wiedział, kiedy zatrzymać akcję i pozwolić, by cisza stała się wymownym punktem interpunkcyjnym – scenariusz bywa oszczędny, zwłaszcza w opisie psychologii postaci. Aktorzy potrzebują czasu na „przetrawienie” zdarzeń, a widzowie na ich zarejestrowanie.
Tutaj zastosowano zgoła odwrotną metodę. Zespół przez większość czasu pozostaje na scenie, zajęty mnóstwem naturalistycznych czynności. Co więcej, trzyosobowy zespół muzyczny ukryty pod schodami (Richard Bates – kierownictwo i klawisze, Sophia Goode – skrzypce i Dominic Veall – wiolonczela) gra niemal bez przerwy. Rozbudowane partie dialogowe giną w radosnym potoku dźwięków, co osłabia siłę wypowiadanych słów. Ciekaw jestem, ilu widzów uważa, że pomaga im to w utożsamieniu się z bohaterami. Chętnie poznałbym też opinię aktorów o tym, jak to jest przebijać się głosem przez muzykę i wyrażać emocje często sprzeczne z nastrojem akompaniamentu. A gdy dodamy do tego fakt, że reżyser kazał im wszystkim występować boso (Ifan Gwilym-Jones zdążył już nabawić się widocznego urazu przez ten pomysł), zaczynamy stawiać poważne pytania o intencje twórców.
The Hired Man. Foto: Paul Nicholas Dyke
Problemy na tym się nie kończą. Jakby tego było mało, w teatrze jest duszno z powodu braku sprawnej klimatyzacji. Zamiast tego przez cały czas pracują co najmniej dwa hałaśliwe urządzenia, mające w teorii schłodzić atmosferę. Chęci godne pochwały, efekt opłakany. Widz ma wrażenie, że aktorzy grają w maszynowni Titanica – co potęguje scenografia Justina Williamsa i Jonny’ego Rusta, przypominająca ścianę z drewnianych płyt, niczym doraźne naprawy uszkodzonego statku. Do tego kostiumy Carrie-Ann Stein, które ledwo zmieniają się na przestrzeni dziesięcioleci, oraz chaotyczne światło Stuarta Glovera i mamy gotowy przepis na porażkę.
Tylko dzięki obsadzie udało się uniknąć katastrofy. Aktorzy heroicznie walczą z przeszkodami, starając się wydobyć z tego chaosu piękny i wiarygodny występ, choć wielu z nich wygląda na zagubionych. Choreografia Charlotte Tooth bywa trafna w scenach zbiorowych, choć ona również zdaje się nie do końca rozumieć wizję reżysera. Brendan Matthew zapewne miał swoje powody dla takich wyborów, ale na tę chwilę pozostają one dla mnie nieuchwytne. Szkoda – jego niedawne „My Land's Shore” w Ye Olde Rose & Crowne było mistrzowskie. Mimo podobnej tematyki i części składu kreatywnego, tym razem magia nie zadziałała.
Mamy więc do czynienia z poprawną interpretacją tekstu, która wystarczy, jeśli nie widziało się lepszych realizacji. Ta produkcja raczej nie przejdzie do historii jako jeden z największych sukcesów Union Theatre. Mam nadzieję, że zostaną z niej wyciągnięte wnioski. Obsada zasługuje na uznanie i wsparcie – cała reszta ekipy powinna następnym razem bardziej im pomóc.
BILETY NA THE HIRED MAN
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności