WIADOMOŚCI
RECENZJA: Bądźmy poważni na serio (The Importance Of Being Earnest), Union Theatre ✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Bądźmy poważni na serio Union Theatre 13 października 2014 2 gwiazdki
Pod koniec drugiego aktu nagrodzonego Pulitzerem musicalu „How To Succeed In Business Without Really Trying” następuje moment, w którym J.B. Biggley i Wally Womper dyskutują o fatalnym pomyśle na poszukiwanie skarbów. Womper jest wściekły, a Biggley próbuje odsunąć od siebie winę, wskazując na J. Pierreponta Fincha i twierdząc, że od początku uważał pomysł za marny. Gdy Womper pyta, dlaczego w takim razie go zrealizował, ten odpowiada: „Wydawało się to dobrym pomysłem”.
Podczas oglądania inscenizacji komediowego arcydzieła Oscara Wilde'a „Bądźmy poważni na serio” w reżyserii Jaq Bessell, która gości właśnie w Union Theatre (wystawianej w dniach, w których teatr byłby normalnie nieczynny w trakcie sezonu z „Love Story”), ta scena z musicalu nieustannie powracała w moich myślach.
Bessell otwarcie deklaruje zamiar „zrobienia czegoś nowego” z tą sztuką, co stanowi wyraźny kontrast wobec niedawnej, nieudanej inscenizacji Lucy Bailey na West Endzie, która jedynie mieniła się nazwiskiem Wilde'a. Taka szczerość jest godna podziwu – przynajmniej widz wie, czego może się spodziewać.
Koncepcja Bessella opiera się na następujących założeniach: wszystkie role gra dwóch aktorów; mają oni dostęp do scenariusza na scenie; rzucają monetą, by zdecydować, kto wcieli się w dany zestaw postaci (zasadniczo Jack i wszyscy wchodzący w interakcję z Algernonem i na odwrót); minimum rekwizytów i scenografii; absurdalne akcenty podkreślające momenty akcji; współczesne anachronizmy; śpiew z playbacku; dziwaczne numery taneczne; burzenie czwartej ściany oraz wprowadzenie tanich aluzji seksualnych.
W zasadzie nie ma powodu, dla którego większość tych pomysłów nie miałaby zadziałać. Współczesny teatr zna wiele przykładów małych obsad grających wiele ról w służbie ducha tekstu: sześcioosobowa, odkrywcza inscenizacja „Cymbelina” grupy Fiasco Theatre w Barrow Street Theatre w Nowym Jorku czy ogromne sukcesy „Potted Potter” i „The Reduced Works of William Shakespeare” to oczywiste dowody na to, że ten koncept może wypaść spektakularnie.
To również nie pierwszy raz, kiedy mężczyźni mierzą się z rolami kobiecymi w tej sztuce – Hinge i Brackett robili to dawno temu, inni próbowali przed nimi i po nich, a całkiem niedawno w Melbourne jako Lady Bracknell wystąpił sam Geoffrey Rush.
Pomysł z losowaniem ról rzutem monetą może wnieść do występu dodatkowy powiew ekscytacji, ale musi być jasne, że wynik jest autentycznym zaskoczeniem dla aktorów, a nie tylko wyreżyserowanym elementem show. Tutaj nie sposób było tego rozpoznać.
Ale to nie rzut monetą jest tym „naprawdę słabym pomysłem”. Bezkompromisowym, nieubłaganym bête noire jest tutaj styl, a raczej jego brak.
Wilde napisał dialogi, które skrzą się dowcipem i wymagają szybkiego, idealnie odmierzonego tempa, by osiągnąć zamierzony efekt. Niewytłumaczalne jest, że Bessell pozwoliła na refleksyjne, niemal ociężałe podawanie kwestii – może nie przez cały czas, ale zdecydowanie zbyt często. Pojawia się tu melancholia i naciągana głębia, która dusi humor. Panie Bessell, te dialogi nie są bez znaczenia.
Brak stylu – czy może przyjęcie strategii „anty-stylu” – pustoszy fizyczną stronę spektaklu niczym Hannibal rzymskie legiony nad Jeziorem Trazymeńskim. Brakuje spójności; to raczej wariacja na temat „wszystko wolno”. Muzyczne i taneczne wstawki są konsternujące, a ich cel nieczytelny. Jedyne, co robią, to zrywają płynność narracji.
Jawne odniesienia seksualne są w tej sztuce niepotrzebne i wręcz zabójcze dla jej sensu, opiera się ona bowiem na stłumionym pożądaniu i emocjach. „Pozycja półleżąca” nie wymaga młodego mężczyzny ze spuszczonymi do połowy spodniami, przyciągającego uwagę do pośladków w obcisłych bokserkach. Przedstawienie Gwendolyn jako opętanej seksem to całkowite niezrozumienie postaci. Przemiana panny Prism z surowej, chłodnej starej panny w lokalną flirciarę na widok ułomnego pastora Chasuble’a wysysa urok z tych scen równie skutecznie, co drapieżny wampir krew ze swoich ofiar.
Kostiumy nie pomagają. Można by sobie wyobrazić, że ten pomysł wypali, gdyby każdy aktor był nienagannie ubrany w strój wieczorowy, z eleganckimi dodatkami sygnalizującymi inne postacie: srebrna taca dla Lane'a, serweta na ramieniu dla Merrimana, spódnica dla Cecylii, brokatowy płaszcz dla Lady Bracknell, koloratka dla pastora, binokle dla Prism czy rękawiczki dla Gwendolyn. Ale nie tutaj. Aktorzy paradują boso, w wygniecionych koszulach i spodniach od smokingu, używając kapeluszy, szalików, lasek i przesadnej mimiki, by oddać różnice między bohaterami.
W tej produkcji nic nie działa. Brakuje jej spójności, świeżości czy głębi. Jak to często bywa w takich przypadkach, cały ciężar spada na barki obsady.
Simon Stallard okazuje się najbardziej utalentowanym z wykonawców, wykazując się lekkością i ironicznym urokiem, który pasuje do wachlarza odgrywanych przez niego ról. Jego Cecylia była najlepsza w całym występie, ale mignął w nim też całkiem wiarygodny Jack. W ramach wizji Bessella walczył mężnie o ścieżkę, która pogodziłaby tekst z charakterem postaci – jego oczy biły inteligencją, a ciało energią. To aktor, którego warto obserwować.
Bryan Hodgson, który najwyraźniej nie jest zwolennikiem zasady „mniej znaczy więcej” w kreowaniu postaci komediowych, nieco się pogubił, choć winą obarczam głównie inscenizację. Kazanie mu grać Algernona w pierwszej scenie w jedwabnych bokserkach sprawiło, że jakiekolwiek zrozumienie tej postaci zniknęło jak w czarnej dziurze. Próby nadrobienia braku spodni głośnością i agresywnym tempem (poniekąd zrozumiałe) nie pomogły. Najlepiej wypadł jako Lady Bracknell, choć zmarnował wiele okazji na humor płynący z ciszy, a najgorzej jako napalona panna Prism.
Z tej dwójki Hodgson ma lepsze warunki głosowe, ale to Stallard lepiej posługuje się głosem. Niemniej widać, że cieszą się wspólną pracą, a ich nieskrępowane wysiłki, by zrealizować wizję Bessella, pełne są wigoru i zapału.
Dwaj obiecujący aktorzy, fatalny pomysł i genialna sztuka. Mój fotel w rzędzie niemal wychłódł z żalu.
„Bądźmy poważni na serio” grane jest jeszcze 19 i 20 października.
Rezerwacja biletów na www.uniontheatre.biz
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności