Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Jew Of Malta, Swan Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Żyd z Malty (The Jew Of Malta)

Swan Theatre

20 czerwca 2015

4 gwiazdki

W świecie rzeczywistym Grecja chwieje się na krawędzi bankructwa. Potężniejsza siła, Unia Europejska, dyktuje jej, jak ma się zachowywać i ile płacić, grożąc fatalnymi konsekwencjami. Można by się zastanawiać, co by się stało, gdyby grecki rząd nagle zadekretował, że każdy milioner musi oddać cały swój majątek (pozostawiając sobie, powiedzmy, 500 000 euro) na rzecz dobra ogółu? A co, jeśli milionerzy odmówią? Stracą wszystko i trafią do więzienia. Gdybyś był greckim milionerem, co byś zrobił? Po cichu uległ? Podporządkował się, ale walczył o obalenie rządu, który odebrał ci styl życia?

W zasadzie to właśnie jest temat zgłębiany przez Christophera Marlowe'a w jego sztuce z przełomu 1591/1592 roku, „Żyd z Malty” – dziele, które powstało przed słynniejszym dramatem Szekspira o szukającym pomsty Żydzie: „Kupcem weneckim”. Wpływ Marlowe'a na Szekspira jest aż nadto widoczny. W obu sztukach główny bohater traci majątek i córkę; podczas gdy Shylock zostaje zmuszony do przejścia na chrześcijaństwo pod koniec, Żyd Marlowe'a zostaje odarty z wiary na samym początku. Obaj padają ofiarą okrutnej chrześcijańskiej „sprawiedliwości” i obaj są pogardzani przez współczesnych im chrześcijan. Na tym jednak podobieństwa się kończą.

Krytycy spierają się o „problemową” sztukę Szekspira, nie będąc pewnymi, czy to komedia, czy dramat. Różne inscenizacje dają odmienne odpowiedzi. Podobnie jest z dziełem Marlowe'a: T.S. Eliot uważał je za „farsę... o brutalnym, komicznym humorze”; pierwsze wydanie z 1633 roku określiło je jako „słynną tragedię”. Nawet Poloniusz miałby problem z klasyfikacją. Wydaje się jednak, że Eliot trafił w punkt: to tekst skrajny, niedorzeczny, satyryczny i groteskowy. Podejście do niego jak do brutalnej, gorzkiej farsy daje największą szansę na uwolnienie jego wewnętrznej siły.

W Swan Theatre w barwach RSC możemy obecnie oglądać wznowienie „Żyda z Malty” w reżyserii Justina Audiberta. Audibert, debiutujący jako reżyser, nie idzie za radą Eliota, lecz wybiera bezpieczniejszy kurs przez wody tragedii i tragikomedii. Ostatecznie wpada na rafy, gdy publiczność nie wie, czy się śmiać, czy być zszokowaną, podczas gdy koła morderczej zemsty kręcą się coraz szybciej. Biorąc pod uwagę obsadę, jaką zgromadził, i energię, którą wykrzesał przy połowie mocy, wydaje się zmarnowaną okazją, że Audibert nie odważył się pewnie przeć naprzód na pełnych obrotach.

To nie tak, że w tekście brakuje wskazówek, jak go grać – potrzebne są soczyste, brawurowe kreacje. To sztuka, w której mieszkańcy klasztoru giną od zatrutego owsianki; gdzie córka Żyda zostaje chrześcijańską zakonnicą, i to dwukrotnie; gdzie po zakupie trackiego niewolnika, właściciel i sługa licytują się na haniebne uczynki, którymi rzekomo się napawają; gdzie mnisi nazywani są „religijnymi gąsienicami”; gdzie główny bohater pyta, czy kradzież jest podstawą chrześcijaństwa; gdzie zakonnik od niechcenia pyta, czy Żyd nie „krzyżował dzieci”; i gdzie nikt, doprawdy, nie ma żadnych zalet. To wszystko niemal krzyczy „farsa!”, nawet jeśli tematyka bywa odrażająca i, niestety, bolesna w swojej aktualności.

Problem polega na tym, że gra aktorska w Swan ma w sobie ciężar, który zbija publiczność z tropu. Kiedy Żyd i jego niewolnik Ithamore mordują starego zakonnika Bernardine'a, dochodzi do następującej wymiany zdań:

Bernardine:         Co, chcecie mnie udusić?

Ithamore:             Tak, bo masz zwyczaj się spowiadać.

Barabas:               Nie nas wiń, lecz przysłowie: „Kto się spowiada, tego wieszają”. Ciągnij mocno.

Bernardine:         Co? Życie mi odbierzecie?

Barabas:               Ciągnij mocno, mówię; dobierałeś się do moich dóbr.

To niezaprzeczalnie zabawna wymiana zdań, choć dotyczy najpodlejszego morderstwa. Jednak mimo że dzieje się to w czwartym akcie, widzowie nie czują się na tyle pewnie, by się śmiać. Niektórzy to robią, ale inni uważają ich przez to za ludzi bez gustu. Sęk w tym, że to ma być śmieszne, powinno być śmieszne, ale widownię spowija niepewność – a to wina reżyserii Audiberta, która nie potrafi czerpać niemal zmysłowej radości z tego mrocznego humoru.

Być może wyraźniejszy przykład pojawia się, gdy córka Żyda, Abigail, wiedząc, że umiera, wyznaje udział ojca w śmierci jej dwóch chrześcijańskich zalotników:

Abigail:           ...proszę, trzymaj to w tajemnicy, śmierć chwyta mnie za serce, ach cny ojcze zakonny,

Nawróć mego ojca, by mógł zostać zbawiony,

i bądź świadkiem, że umieram jako chrześcijanka.

Bernardine:   Tak, i do tego jako dziewica, nad czym ubolewam najbardziej.

Mimo to widzowie nie czuli przyzwolenia na śmiech, choć Marlowe ewidentnie go zamierzył. Może miałby to być śmiech szokujący lub nerwowy, ale wciąż śmiech.

Jaśniejsza, śmielsza i bardziej bezczelna gra uzdolnionej obsady rozwiązałaby te problemy.

Jasper Britton dźwiga ciężar spektaklu jako Barabas, tytułowy Żyd. Długie, strąkowate włosy, wybałuszone oczy, które potrafią biegać chytrze lub wbijać się w cel z drapieżną gorliwością, donośny głos i cudowna klarowność intencji – Britton ma wszelkie narzędzia potrzebne do tej roli. Ogląda się go z ogromną przyjemnością. Rzecz w tym, że nie wznosi się na wyżyny komizmu i mroku, które najlepiej służyłyby tej postaci. Potrafi to zrobić, po prostu nikt go o to nie poprosił. Wnosi powagę tam, gdzie powinna być ekscentryczna, jadowita jowialność. Gdyby nasycił swój występ jednym i drugim, byłaby to sensacja.

Wszędzie widać świetne role drugoplanowe, choć żadna nie jest tak ekstremalna, jak można by oczekiwać. Catrin Stewart jest w dobrej formie jako Abigail, a Lanre Malaolu błyszczy jako sprytny niewolnik Ithamore, gotów zrobić każdemu wszystko, byle ocalić własną skórę i poprawić swój los.

Przymilni i mentorscy Matthew Kelly oraz Geoffrey Freshwater to wybornie okropni mnisi; odrobina więcej obrzydliwości uczyniłaby te chciwe gąsienice idealnymi. Steven Pacey jako Ferneze promieniuje nieszczerym, zawadiackim urzędnictwem jako słaby władca, który zaczyna i kończy cykl kradzieży i morderstw. Beth Cordingly i Matthew Needham są odpowiednio barwni i idiosynkratyczni jako wyrachowana prostytutka i jej zachłanny alfons.

Colin Ryan i Andy Apollo świetnie się bawią jako rywalizujący zalotnicy Abigail. W istocie, niedorzeczny, pawiący się Don Lodowick w wykonaniu Apolla jest najbliżej trafienia w sedno farsowego stylu.

Scenografia Lily Arnold jest funkcjonalna (schody i mały basen), ale nie porywa. Oliver Fenwick tworzy doskonałe nastrojowe oświetlenie, co wraz z trafną muzyką Jonathana Girlinga pozwala wyraźnie nakreślić trzy walczące tu światy: chrześcijan, Żydów i islam.

To dobra inscenizacja wielkiej sztuki ze świetną obsadą. Gdyby uwolnić ich wewnętrznego, drapieżnego szaleńca, byłby to spektakl genialny. To trochę jak z domowym ciastem: świetne składniki, świetny przepis, ale bez solidnej porcji kremu i dodatków po prostu brakuje mu tego „czegoś”.

„Żyd z Malty” w Swan Theatre w Stratfordzie jest wystawiany do 29 sierpnia 2015 roku

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS