WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Ruffian on the Stair, Hope Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
timhochstrasser
Share
Tim Hochstrasser recenzuje sztukę Joe Ortona „The Ruffian on the Stairs”, wystawianą obecnie w The Hope Theatre.
The Ruffian on the Stair
The Hope Theatre
2 lutego 2019
3 Gwiazdki
„Myślą, że skoro jesteś przestępcą, mogą cię traktować jak śmiecia. Przyjść tu w ten sposób. Powiedzieć to człowiekowi prosto w twarz. Nawet moralność Niniwy nie była tak luźna”.
To może być tylko paradoksalny i precyzyjny styl Joe Ortona: pełne oburzenia roszczenia do moralności i autorytetu płynące od kogoś spoza konwencjonalnego porządku, błyskotliwe i aforystyczne riposty w ustach kogoś pozornie brutalnego i niewykształconego oraz odwrócenie tradycyjnych założeń – nie tylko tego, co dobre i złe, ale też ról ofiary i oprawcy.
Dorobek Ortona nie jest obszerny, a nawet jego trzy pełnowymiarowe sztuki nie są wystawiane zbyt często. Z tym większym zadowoleniem przyjmujemy wznowienie „The Ruffian on the Stair”. Jest to jednak pozycja specyficzna. Pierwotnie słuchowisko radiowe, oparte na powieści „The Boy Hairdresser” napisanej wspólnie przez Ortona i jego kochanka Kennetha Halliwella, zostało później przeredagowane na godzinną sztukę, stanowiącą część dyptyku wystawionego w ostatnim roku krótkiego życia autora. Choć formalnie jest to dzieło dojrzałe, cechujące się oszczędnością i techniczną pewnością najlepszych prac Ortona, to tematycznie zapowiada ono wiele wątków, które z większą finezją i głębią zostały rozwinięte w jego późniejszych dramatach. Nie ma tu zbędnych słów, nic się nie dłuży; jednak wiele z tego, co powiedziano o homoseksualizmie, kazirodztwie, katolicyzmie, morderstwie i tyranii konwencjonalnej hipokryzji, zostało dopracowane z lepszym skutkiem w innych dziełach autora.
W obsadzie mamy w zasadzie trzy osoby. Mike (Gary Webster), drobny płatny zabójca o brutalnych instynktach i biseksualnych skłonnościach, oraz Joyce (Lucy Benjamin), blada, poniewierana była prostytutka, tworzą niepewny związek pod jednym dachem. On jest irlandzkim katolikiem (choć co dziwne, bez śladu akcentu), ona londyńską protestantką – przez pierwsze dwadzieścia minut spektaklu autor bawi się ich przekonaniami i mieszczańskimi uprzedzeniami, co bywa nieco nużące. Akcja nabiera tempa wraz z pojawieniem się Wilsona (Adam Buchanan), powiewu konfrontacyjnej, młodzieńczej świeżości, który wkracza w tę duszną atmosferę – to pierwowzór pana Sloane’a. Przybywając pod pretekstem wynajęcia pokoju, staje się typowym dla Ortona intruzem burzącym spokój, który okazuje się mieć z domownikami bliższe relacje, niż moglibyśmy przypuszczać. Jakość interakcji między aktorami wyraźnie wzrasta, gdy akcja zmierza do mrocznego i gwałtownego finału. Cała trójka spisuje się świetnie, w pełni wykorzystując kwestie napisane przez Ortona – czy to ponure, zabawne, czy wręcz farsayczne. Podobnie jak sztuczna szczęka w „Łupie” (Loot), tak i złota rybka Joyce wnosi istotny, groteskowy element do rozwiązania akcji, w odpowiednim momencie przebijając balon powagi.
Zespół kreatywny wykonał kawał dobrej roboty, odtwarzając klimat lat 60.: rekwizyty, wystrój, meble i muzyka w tle skutecznie przywołują obskurny, a zarazem tętniący życiem świat mieszkania na pierwszym piętrze w Islington w 1967 roku. Scenografia Rachael Ryan pokazuje, jak umiejętnie można wykorzystać bardzo małą przestrzeń. Przebijamy się wzrokiem przez nędzę wnętrza – dosłownie – gdy ścianka działowa ustępuje miejsca widokowi na ulicę. Choć klaustrofobiczna bliskość widza i akcji ma swoje zalety, aktorzy wydawali się momentami skrępowani koniecznością poruszania się wśród gęsto ustawionych mebli i przeciskania się między publicznością. Może warto byłoby poświęcić kilka miejsc na widowni, by ułatwić wykonawcom zadanie?
Ten ostatni punkt wiąże się z najważniejszym zarzutem wobec tej skądinąd solidnej i rzetelnej produkcji. Tempo było często zbyt wolne i monotonne. Teksty Ortona są jak partytura muzyczna: zwięzłość zapisu nie wyklucza różnorodności i szybkości podawania kwestii. Jak pokazała niedawna, zachwycająca inscenizacja „Łupu” w Park Theatre, są momenty, gdy szaleńcze tempo czystej farsy jest równie potrzebne, co chwile pauzy i namysłu. W tej inscenizacji reżyser Paul Clayton nie zapewnił nam tej różnorodności, a to niewykorzystana szansa.
Podsumowując, jest to produkcja godna uwagi, choć nie wybitna, mająca wiele solidnych zalet. Dobrze sprawdza się w kameralnej przestrzeni Hope Theatre, ale gdyby sztuka była dłuższa, wymagałaby bardziej zdecydowanej reżyserii, by oddać materiał z odpowiednią dozą cynicznej i brawurowej intensywności.
W skrócie: Choć nie jest to szczytowe osiągnięcie Ortona, sztuka ta zasługuje na częstsze wystawianie, a w tym przypadku doczekała się więcej niż przyzwoitej realizacji ze strony zespołu kreatywnego czującego jej specyficzną estetykę.
Spektakle do 16 lutego 2019
REZERWACJA BILETÓW NA THE RUFFIAN ON THE STAIRS
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności