WIADOMOŚCI
RECENZJA: Mewa, Regent's Park Open Air Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Mewa
Regent's Park Open Air Theatre
24 czerwca 2015
4 Gwiazdki
Był rok 1895, kiedy „Mewa” Antoniego Czechowa miała swój niefortunny debiut. Premiera została uznana za klęskę, lecz losy sztuki odmieniły się, gdy Stanisławski i Niemirowicz-Danczenko zainaugurowali sezon w Moskiewskim Teatrze Artystycznym właśnie jej wznowieniem.
Z okazji 120. rocznicy powstania dramatu, teatr Regent's Park Open Air zamówił u Torbena Bettsa nową adaptację pierwszego wielkiego sukcesu Czechowa, należącego do jego „wielkiej czwórki” (obok „Wujaszka Wani”, „Trzech sióstr” i „Wiśniowego sadu”). Inscenizację tego tekstu w reżyserii Matthew Dunstera można już oglądać i co do jednego widzowie będą zgodni: nikt jeszcze nie widział „Mewy” w takim wydaniu.
W programie do spektaklu profesor Cynthia Marsh tak pisze o oryginale:
„To krytyczne i dociekliwe spojrzenie na demi-monde skupiony wokół pisarzy, teatru i aktorek, na towarzyszące im dramaty i tragedie. Nade wszystko jednak pojawia się pytanie o sens ich działań: czym jest sztuka? czym jest teatr? A w domyśle wybrzmiewa jeszcze ważniejsza kwestia: czym jest życie?... Doskonała znajomość mechanizmów sceny oraz odrzucenie popularnego wówczas stylu melodramatycznego pozwoliły Czechowowi obnażyć pretensjonalność realizmu, ku któremu skłaniał się teatr. Sztuka jest zanurzona w ówczesnej debacie o celach sztuki w ogóle, a teatru w szczególności”.
Adaptacja Bettsa (choć „reinterpretacja” byłaby może trafniejszym słowem) z pewnością stara się wywołać u współczesnego widza te same emocje, których doświadczała dziewiętnastowieczna publiczność. Język cechuje surowa nowoczesność, dzięki której sytuacje i postacie stają się natychmiast zrozumiałe i bliskie. Dzieje się to kosztem literackiego liryzmu Czechowa, ale ostatecznie klarowność przekazu wynagradza tę stratę. Dla niektórych tekst może wydać się zbyt dosadny czy wręcz wulgarny, ale w spójny i namacalny sposób wydobywa on sedno intencji autora.
Wizja reżyserska Dunstera momentami jednak przyćmiewa kunszt Bettsa. Nie jest to błąd krytyczny, ale niektóre wybory stylistyczne budzą zdziwienie: każda scena jest przerywana niezwykle głośnym, przeszywającym dźwiękiem (który może, choć nie musi, być odgłosem odbezpieczanego rewolweru – jeśli ktoś wie na pewno, proszę o informację), co wprowadza niepokój i wytrąca z rytmu; nad scenografią dominuje ukośne lustro, które pod koniec drugiego aktu zamienia się w oślepiający reflektor, burząc realizm wypracowany przez aktorów; jezioro, tak istotne u Czechowa, staje się tu fizycznie obecne – w pierwszym akcie służba kąpie się w nim nago i wyzywająco, a w drugim staje się ono niepotrzebnym, dopisanym nawiązaniem do „Hamleta”.
Jeszcze większe konsekwencje ma specyficzne dla Dunstera mieszanie stylów. Na szczęście reżyser postawił na komizm, słusznie unikając nużącego podejścia w duchu „Czechow jest nudny i patetyczny”. Pierwszy akt ogląda się z ogromną przyjemnością. Jednak w drugim – być może w hołdzie dla różnych form teatralnych, o które spierają się bohaterowie – realizm ustępuje miejsca rozmaitym stylistykom: od widowiskowości, przez awangardę, aż po melodramat. Te dziwne decyzje niczego nie wyjaśniają ani nie ulepszają, a wręcz osłabiają wymowę tekstów Bettsa i Czechowa.
Mimo to nie wszystkie pomysły reżyserskie chybiły celu. Wykorzystanie nagranych głosów z offu jako reprezentacji wewnętrznych przeżyć bohaterów jest zaskakująco skuteczne. Tempo i gra aktorska emanują energią, sprawiając, że stany emocjonalne postaci są czytelne i angażujące. Postawiono na zwięzłość, dzięki czemu pauzy i momenty zawieszenia wybrzmiewają z wyjątkową siłą. Dunster rzuca światło na mroczne zakamarki narracji – pod wieloma względami to najbardziej klarowne wystawienie tej historii od lat.
Egoizm i skupienie na sobie bohaterów zostały oddane po mistrzowsku. Wiele dialogów nakłada się na siebie, co uwypukla brak zainteresowania rozmówcą. Świetnie ukazano szorstką zażyłość długoletnich relacji, jak również bolesną, nieodwzajemnioną miłość dręczącą niemal każdego. Od szaleńczego uniesienia i pasji, po cichy żal i stłumioną tęsknotę – Dunster precyzyjnie kreśli różne odcienie cierpienia swoich postaci.
Obsada jest w większości znakomita, co potęguje siłę oddziaływania spektaklu i wydobywa z niego humor.
Szymon kocha Maszę, która nim gardzi, bo kocha Konstantego. Konstanty uwielbia Ninę i nie dostrzega Maszy; Nina przez chwilę kocha Konstantego, by wkrótce zadurzyć się w starszym Borysie, który jest kochankiem Iriny, matki Konstantego. Doktor Dorn również kocha Irinę, sam będąc obiektem westchnień Pauliny, żony Ilii (rodziców Maszy). Piotr jest właścicielem majątku, w którym mieszkają Masza z rodzicami (Ilia jest rządcą), a obok nich służba – Jakow i Natasza. Akcja zaczyna się, gdy Konstanty przygotowuje premierę swojej sztuki z Niną w roli głównej, którą wystawi w ogrodzie przed tą grupą nieszczęśliwie zakochanych.
Colin Hoult jest wybitny jako Szymon – nauczyciel, który ubóstwia Maszę, ale nieustannie narzeka na brak pieniędzy. Hoult to komediowy ideał; w jego kreacji odnajdziemy idealną dawkę małostkowości, gburowatości i naiwności. Jego społeczna nieporadność jest rozkoszna i nie sposób mu nie współczuć.
Jako Masza, Lisa Deveney jest wspaniała: zgorzkniała, inteligentna, pogrążona w wiecznej żałobie, a jednocześnie zdesperowana. Jej tęsknota za Konstantym jest niemal namacalna, a frustrację wyładowuje na Szymonie – okrutnie, ale z doskonałym efektem komicznym. Deveney ma fascynujący, niski głos, którym świetnie operuje zarówno w gniewie, jak i w chwilach bezsilności. Razem z Houltem tworzą fenomenalny duet.
Janie Dee czuje się jak ryba w wodzie w roli Iriny, przygasłej gwiazdy sceny, czyniąc tę postać naprzemiennie nieznośną i uroczą. Scena, w której porównuje swój stosunek do życia z podejściem Maszy, to czysty komizm najwyższej próby. Później następuje przejmująco piękna scena z wyobcowanym synem, w której Dee w ułamku sekundy przeistacza się z czułej, opatrującej rany matki w znudzoną i poirytowaną primadonnę. To popis aktorskiego kunsztu.
Dzięki silnej ekspresji Dee, Matthew Tennyson jako blady i efemeryczny, ale błyskotliwy Konstanty, wypada doskonale. Jest wykapaną matką i Tennyson bezbłędnie to uwypukla. Jednocześnie bohater jest targany poczuciem niższości i pożądaniem do Niny, co aktor pokazuje równie przekonująco (i zabawnie). Scena, w której wystawia swoją sztukę, jest przezabawna.
Ian Redford jest wspaniały jako Piotr Sorin – zgryźliwy, kłótliwy i przejmująco smutny człowiek, przerażony przeżytym bezowocnie życiem. Danny Webb jako doktor Dorn dorównuje mu kroku – to mądry, samotny mężczyzna z tajemniczą przeszłością. Wnosi on powiew otwartości w skostniałe spory o sztukę, stając się sojusznikiem udręczonego Konstantego. Webb łączy swobodną uprzejmość z głębokim smutkiem, a jego ostatnie słowa mają ogromną siłę rażenia.
Największym rozczarowaniem jest kluczowa rola Borysa Trigorina, uznanego pisarza, który rozbija serca Iriny i Konstantego swoim romansem z Niną. Alex Robertson sprawia wrażenie, jakby grał w zupełnie innym przedstawieniu – być może to celowy zabieg reżysera, by pokazać wyobcowanie Borysa, ale postać ta jest zbyt ważna dla dramaturgii. To rola, którą niegdyś grał sam Stanisławski, uznawana za jedną z najlepszych kreacji męskich u Czechowa. Tutaj tego nie czuć. Brakuje w tej postaci męskiej charyzmy i inteligencji, a wybór takiej interpretacji pozostaje niezrozumiały.
Przez ten ekscentryczny występ Robertsona cierpią zarówno Nina (Sabrina Bartlett), jak i Irina. Nina definiuje się przez swoje upajające uwielbienie dla Borysa, a bez silnego partnera scenicznego jej postać traci grunt pod nogami. Bartlett robi jednak, co może, a jej sceny z Tennysonem są znakomite. Mimo że jej głos bywa momentami zbyt piskliwy, ma w sobie ujmującą świeżość. Trudno się dziwić zachwytowi Konstantego.
Reszta obsady spisuje się bez zarzutu, choć Fraser James jako Ilia nieco męczy manierycznym śmianiem się z własnych żartów.
Scenografia Jona Bausora robi wrażenie. Klimat posiadłości i jeziora oddano perfekcyjnie – naturalne otoczenie teatru w Regent's Park tylko potęguje ten realizm. Ogród, drzewa i trawnik wyglądają świetnie, zwłaszcza w odbiciu gigantycznego lustra. W scenach wnętrz trawa znika, a pojawia się elegancki parkiet, tworząc nastrój mieszczańskiej stabilizacji. Lustro, poza niefortunnym momentem oślepiania widzów, jest błyskotliwym konceptem. Refleksy i odbicia są w tej sztuce kluczowe, a lustro symbolizuje tę wielowymiarowość, dając ciekawą perspektywę na akcję.
W tej inteligentnej inscenizacji jest co podziwiać. Choć Dunster pod koniec spektaklu nieco przekombinował – finałowa scena jest zbyt melodramatyczna i traci przez to należny jej tragizm – to ta wersja „Mewy” jest pozycją, którą warto się delektować.
„MEWA” W REGENT'S PARK OPEN AIR THEATRE – SPEKTAKLE DO 11 LIPCA 2015
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności