Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Poskromienie złośnicy, New Wimbledon Studio ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Poskromienie złośnicy

New Wimbledon Studio

27 maja 2015

5 Gwiazdek

ZAREZERWUJ BILETY Wynędzniały, pyskaty kloszard z puszką piwa siedział pod wejściem do New Wimbledon Studio, kiedy przybyłem na premierę prasową nowej inscenizacji Poskromienia złośnicy. Nie poświęciłem mu więcej uwagi, dopóki ten sam osobnik nie pojawił się w teatrze jeszcze przed podniesieniem kurtyny, hałaśliwie zaczepiając inspicjenta, przewracając krzesła i sprawiając drobne kłopoty widzom. I wtedy mnie oświeciło: spektakl już się zaczął, a my nie byliśmy świadkami incydentu z udziałem policji, lecz genialnie zainprowizowanej wersji „Indukcji”, ramy kompozycyjnej dla „teatru w teatrze”, którą jest ta wczesna komedia Szekspira. W roli Christophera Sly’a, pijaczyny, którego należy udobruchać i zabawić, Christopher Neels dał nam pierwszy z wielu nowych i odkrywczych wglądów w to, co we współczesnej tradycji stało się raczej „sztuką problemową”, w przeciwieństwie do postrzegania jej jako jednego z lekkich i błahych wczesnych dzieł Szekspira. Sztuka ta ma mroczną przeszłość. Pochodzi z początku lat 90. XVI wieku i istnieją jej dwie wersje, których relacja względem siebie oraz dokładny wkład Szekspira w każdą z nich pozostają przedmiotem sporów uczonych. Tekst jest „zanieczyszczony” w dosłownym sensie, gdyż może wywodzić się z jednego z tzw. „złych kwarto” opartych na egzemplarzach suflerskich, opublikowanych przed Pierwszym Folio. Co więcej, zebrał on również fatalne recenzje krytyczne, między innymi od George’a Bernarda Shawa, który opisał go jako „jedną wielką potwarz dla kobiecości i męskości od początku do końca”. W ostatnich latach sztuka była potępiana z perspektywy feministycznej, według której ciągła konfrontacja Petruchia i Katarzyny jest niemożliwa do odegrania w pełni bez ironii lub cudzysłowu inscenizacyjnego. Moim zdaniem argumenty te, podobnie jak te dotyczące antysemityzmu w Kupcu weneckim, bywają nadużywane i w pewnym sensie chybiają celu. Powinniśmy przede wszystkim dostrzec fakt, że Szekspir uczynił Złośnicę teatrem w teatrze, co oznacza, iż on sam zastosował zabieg dystansujący od traktowania jej z dosłowną powagą. Po drugie, to ostatecznie wybory reżysera i zespołu determinują nasze reakcje na tekst – można go grać ironicznie, farsowo lub historycznie (tj. jako wyraz wczesnonowożytnych idei dotyczących hierarchii społecznej oraz kondycji mężczyzny i kobiety po upadku). Możliwości jest wiele, a z werdyktem należy wstrzymać się do końcowej kurtyny. Grupa Arrows and Traps wraz z reżyserem Rossem McGregorem prezentują nam wersję z odwróconymi rolami płci (gender-inverted) w ramach intrygującego sezonu poświęconego tematowi „Miłości w czasie wojny”. Patrząc na tę innowacyjną i żywiołową produkcję, ich interpretacje Tytusa Andronikusa oraz Wszystko dobre, co się dobrze kończy będą pozycjami obowiązkowymi pod koniec lata. Znajdujemy się w prostej, elastycznej scenografii, która świetnie sprawdza się zarówno w scenach ulicznych, jak i wnętrzach, przy minimalnych stratach czasu na zmiany dekoracji. To długi wieczór pod względem czasu trwania, ale nie odczuwa się tego w tempie akcji – epizody mkną z godną podziwu sprawnością i ekonomią, pozwalając jednocześnie wybrzmieć nielicznym monologom refleksji i wytchnienia. Z wyjątkiem głównych ról, każdy aktor wciela się w wiele postaci – tutaj widać korzyść z pracy ze stałym zespołem, w którym wszyscy dobrze się znają i swobodnie odnajdują w pracy zespołowej. W rozwoju akcji czuć energię, inwencję i płynność, a silny zmysł wizualny pozwala na tworzenie efektownych żywych obrazów. Dzięki temu ograniczony budżet nie ma znaczenia: na przykład chór lękliwych kucharzy i służących podczas sceny bankietu jest tak zabawnie wyreżyserowany, że zapomina się o minimalnej ilości rekwizytów. To Szekspir, w którym wartości i skupienie są na właściwym miejscu – mianowicie na analitycznym przemyśleniu tekstu z myślą o tym, jak najlepiej przekazać tę wizję poprzez tempo, dowcipną dykcję i nieustannie przyciągający wzrok ruch sceniczny. Pojawiają się także urocze wstawki śpiewane, które naturalnie wynikają ze sztuki w najlepszej tradycji teatru muzycznego, służąc uchwyceniu nastroju w kluczowych momentach akcji. Czego więc uczy nas odwrócenie płci w tej sztuce? Co dodaje do naszego zrozumienia? Po pierwsze, ostrze konfrontacji zostaje w pewien sposób stępione, co czyni je bardziej humorystycznymi, a mniej okrutnymi. Rywalizacja zalotników wciąż jest złośliwa, co świetnie oddaje zwłaszcza Jean Apps jako Gremia; matki miotają się i grożą równie skutecznie jak ojcowie – wyróżnia się tu imponująca, wymachująca torebką Vincentia (Bridget Mastrocola). Bianco (Samuel Morgan-Grahame) zostaje obsadzony jako rozpieszczony synuś mamusi, a Trania (Gemma Salter), podszywająca się przez większość czasu pod Lucentię (Remy Moyes), błyszczy płochną, komiczną inwencją. Ale spektakl stoi lub upada na relacji między Petruchią (Elizabeth Appleby) a Cajetano (Alexander McMorran). Miałem wrażenie, że McMorran mógłby być jeszcze bardziej trudny i nieznośny w początkowych scenach – droga od tego punktu do jego szlachetnego, godnego i przekonującego wygłoszenia finałowej mowy „uległości” musi być długa, niezależnie od tego, czy postrzegamy go jako ofiarę. Jednak trzpiotowaty i radosny portret Petruchii w wykonaniu Appleby był czystą komediową rozkoszą. Jej nieustanna odmowa przyjęcia punktu widzenia i życzeń Kajetano miała w sobie coś z Jennifer Saunders w najlepszym wydaniu z Absolutnie fantastyczne. Dzięki temu, że przez większość sztuki zamieszkiwała alternatywny świat komediowy, jej ostateczne wyznanie miłości było tym bardziej poruszające – i z pewnością był to pierwszy raz, kiedy ta scena w ogóle mnie poruszyła. To prowadzi mnie do drugiej obserwacji na temat odwróconego konceptu sztuki – mianowicie, że dowcip i błyskotliwość wymiany zdań są w pewien sposób ponad płcią i wymagają niemal wojskowej precyzji w oddawaniu nagłych zwrotów nastroju, aby porwać widownię żartem i akcją w radosnym oczekiwaniu na to, co wydarzy się dalej. To chyba inna wersja uwagi Noela Cowarda, że komedia jest najzabawniejsza, gdy gra się ją ze śmiertelną powagą…

Problemem, jaki zawsze miałem w przeszłości z tą sztuką, była absolutna bezwzględność procesu „poskramiania”, który w poprzednich produkcjach, jakie widziałem, wydawał się raczej nużący niż okrutny, nie mówiąc już o byciu śmiesznym. Z tego powodu w ostatnich latach bardziej pociągał mnie uprzejmy, światowy i uwodzicielski urok wersji Cole’a Portera niż oryginał Szekspira. Najlepszym komplementem dla tej znakomitej inscenizacji jest to, że sprawiła, iż zacząłem myśleć o oryginalnej sztuce z dużo większą sympatią i rozwiała wiele moich obaw co do materiału źródłowego. Obejrzyjcie ją, póki możecie.

Poskromienie złośnicy jest wystawiane w New Wimbledon Theatre Studio do 20 czerwca 2015 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS