Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Verb To Love, Old Red Lion Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

redakcja

Share

The Verb, To Love

The Old Red Lion Theatre

1 maja 2014

3 Gwiazdki

Recenzja: James Garden

„The Verb, To Love” to intrygujący i zachwycający nowy musical, wystawiany obecnie w Old Red Lion Theatre. Trudno nie być pod wrażeniem faktu, że Andy Collyer jest jedynym autorem całości. Fabuła jest wyraźnie inspirowana życiem twórcy, co już samo w sobie budzi pewien podziw. Niewielu autorów ma w sobie tyle odwagi, by tak bezceremonialnie „wyłożyć kawę na ławę” – zwłaszcza gdy mowa o własnym, niezbyt udanym życiu uczuciowym i drodze do odkrycia, że nikt nie potrzebuje partnera, by czuć się pełnowartościowym człowiekiem. Warstwa muzyczna jest niezwykle inteligentna, pełna mrugnięć okiem do widzów dobrze obeznanych w świecie musicali. Od uszczypliwych nawiązań do „Godspell”, po fakt, że dźwięk powiadomienia w aplikacji randkowej to bezpośredni cytat z „Gypsy” (czyżby „I had a DREAM!”, ktoś reflektuje?). Gdzieniegdzie pobrzmiewa też Jason Robert Brown (powtarzane „it’s over, it’s done” brzmi niemal jak cytat z „The Last Five Years” – w zasadzie, na pierwszy rzut oka, spektakl ten można by uznać za gejowski monolog w stylu właśnie „The Last Five Years”. I chwała mu za to).

Główny bohater, Simon, grany przez Martina Neely’ego, jest postacią niezwykle sympatyczną, choć do bólu romantyczną. To bez wątpienia udana rola; od Neely’ego trudno oderwać wzrok. Gareth Bretherton, jako młodszy kochanek i późniejszy mąż, Ben, mierzy się z nietypowym zadaniem bycia jednocześnie akompaniatorem i obiektem westchnień.

Problemy konstrukcyjne tekstu zaczynają się jednak w momencie, gdy Ben zostaje wprowadzony jako realna postać sceniczna. Przez pierwsze 35 minut, oczarowani występem Martina Neely’ego, sami budujemy sobie postać Bena w wyobraźni – co jest domeną każdego dobrego monodramu. Simon opowiada nam historię i wydaje się, że taka właśnie będzie konwencja spektaklu. Bohaterowie biorą nawet ślub, a my widzimy to wydarzenie nie na scenie, lecz oczami duszy. Nagle na Bena pada snop światła – choć przez cały czas siedział przy pianinie – tylko po to, by mógł on zerwać z Simonem, zostawiając go w całkowitej rozsypce.

Niestety, właśnie tutaj styl spektaklu zaczyna zgrzytać. Najpierw buduje się w widzu oczekiwanie na kameralną opowieść, co świetnie się sprawdza, a potem nagle wprowadza się drugiego aktora wyłącznie po to, by rzucił narratora. Jest to, mówiąc wprost, wybijające z rytmu i nie pomaga narracji. Nasze zaufanie do narratora zostaje nadszarpnięte, ponieważ poprowadził nas do tego niespodziewanego punktu tylko na krótką chwilę, by zaraz potem znów wrócić do roli opowiadacza. Publiczność lubi wiedzieć, co ogląda. Jeśli autor potrafi błyskotliwie wywrócić te oczekiwania do góry nogami – gratuluję, ale tutaj wprowadzenie drugiej osoby dzieje się zbyt rzadko i zbyt późno, by uznać to za genialne posunięcie.

W spektaklu, który ma uczyć kochania samego siebie bez szukania potwierdzenia u innych, ironią losu wydaje się konieczność obecności tej drugiej osoby na scenie. Można odnieść wrażenie, jakby Collyer w pewnym momencie przestał ufać własnej zdolności do opowiedzenia tej historii przez tylko jedną postać. Każdy pisarz musi jednak nauczyć się bezlitosnego usuwania fragmentów, które nie współgrają z całością, nawet jeśli darzy je sentymentem. Nie chodzi o to, że występ Brethona jest zły – wręcz przeciwnie, świetnie się go ogląda – ale skoro finałowa piosenka nosi tytuł „Strong Alone”, to czy zakończenie jej w duecie nie jest lekką niekonsekwencją?

W finale „Company” Sondheima, Bobby uświadamia sobie, że musi przestać być wiecznym singlem i z kimś się związać, bo dla Sondheima bycie samemu to nie życie. Ten spektakl wydaje się prezentować nieco dojrzalsze podejście: miłość do samego siebie jest równie ważna, o ile nie ważniejsza, niż znalezienie kogoś innego. Bo, jak mawia RuPaul, „jeśli nie potrafisz pokochać siebie, to jak, do diabła, zamierzasz pokochać kogoś innego?”.

Miejmy nadzieję, że jeśli ten spektakl doczeka się wznowienia – a zdecydowanie na to zasługuje – jego autor nie będzie bał się nieco odważniej użyć czerwonego długopisu przy redakcji tekstu.

Spektakl „The Verb, To Love” jest wystawiany w The Old Red Lion Theatre do 23 maja 2015

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS