WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Visit, Lyceum Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Wizyta na Broadwayu. Zdjęcie: Joan Marcus The Visit
Lyceum Theatre
12 kwietnia 2015
5 Gwiazdek
Na początku wcale nie zauważa się trumny. Ustawione wysoko, nieskazitelne bagaże sprawiają, że początkowo wygląda ona po prostu na bardzo kosztowny kufer podróżny. Ale potem uwaga zostaje celowo odciągnięta gdzie indziej. Na wysokiego mężczyznę w okularach przeciwsłonecznych i dwóch innych, z twarzami pomalowanymi w nieprzejrzyste białe koła; noszą żółte rękawiczki i buty, są nienagannie ubrani w tradycyjne jaskółki. I oczywiście ona – gość. Nieskazitelna biel, długi płaszcz z futrzanym podszyciem i pasująca czapa z futra podkreślają jej szykowny wygląd. Mogliby właśnie wybierać się na ślub.
Wchodzą z prawego tyłu sceny w uroczystej procesji. Scenografia jest zachwycująca. Kiedyś stał tu wspaniały dom, ale teraz popadł w ruinę. Las wdziera się w niszczejące podpory, wszędzie widać korzenie drzew, liście i konary, co podkreśla rozkład oraz nieubłagane siły czasu i natury. Mieszkańcy Brachen, miasteczka gdzieś w Europie, marnieją w oczach – kolor i życie odpłynęły z ich policzków, ubrań i wrażliwości. Gość natomiast tętni życiem. Jest jaskrawa, pełna wigoru.
Wtedy dostrzegasz, że to jednak trumna. Zdecydowanie. Trumna.
I przez 90 minut ekstatycznej opowieści zostajemy przeniesieni w miejsce, gdzie miłość, śmierć i konsekwencje tańczą ze sobą w parze, a zwycięstwo prawdziwego uczucia może okazać się czymś zupełnie innym, niż początkowo sądziliśmy.
To wyjątkowa inscenizacja Johna Doyle'a, przedstawiająca ostatni musical słynnego duetu John Kander i Fred Ebb. „The Visit” (Wizyta), obecnie w pokazach przedpremierowych w Lyceum Theatre na Broadwayu, z niezmordowaną i wręcz inspirującą Chitą Riverą w roli głównej. Z librettem Terrence'a McNally'ego, jest to jeden z najlepszych musicali spółki Kander & Ebb. Z pewnością jest to najważniejszy tytuł grany obecnie na Broadwayu – a to niemałe osiągnięcie, biorąc pod uwagę obecną konkurencję.
Nie jest to w żadnym wypadku typowy musical. Gra on z formą i naciąga jej granice w sposób niezwykły, prowokujący i pomysłowy. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz kluczowy numer „eleven o'clock number” polegał na tym, że gwiazda nie śpiewa – a tak dzieje się właśnie tutaj: utwór osiąga swój niezapomniany, rozdzierający serce zenit, gdy Chita Rivera w roli tytułowego gościa tańczy ze swoim młodszym ja (elfia Michelle Veintimilla) w chwili surowej, intensywnej samoświadomości. Jest to równie potężne, co delikatne. Niewyrażalnie piękne.
Doyle wykorzystuje inscenizację, by uwypuklić tematy dominujące w muzyce i tekście. Przeszłość jest tu stałym bohaterem akcji. Tytułowa wizyta odbywa się z powodu przeszłości i determinuje przyszłość. Młodsze, niemal widmowe postacie głównych bohaterów – Claire (Rivera) i Antona (Roger Rees i John Riddle jako wersje „kiedyś” i „dziś”) – są stale obecne, ożywiając wspomnienia lub stanowiąc nieustanne echo dawnych lat i ich skutków.
Równie wymowni są mieszkańcy miasteczka, którzy – gdy nie biorą udziału w bezpośredniej akcji – pozostają w cieniu, obserwując, rozważając i oceniając. Reprezentują oni społeczeństwo i wspólne wartości, pryzmat „przyzwoitości” i „tradycji”. Wydarzenia na środku sceny, czy to z przeszłości, czy teraźniejszości, wpływają na nich i ich kształtują; a oni sami, poprzez swoją obecność, oddziałują na czas miniony, obecny i przyszły.
Za każdym razem, gdy Claire wkracza do akcji, jest częścią formalnej procesji. Ten wzorzec jest nieubłagany i sztywny. Powierzchownie Claire reprezentuje przeszłość doganiającą teraźniejszość, ale prawda jest bardziej intrygująca. Ona i jej niemal wojskowa świta ucieleśniają Sprawiedliwość. Jak każda forma sprawiedliwości, ta Claire niesie ze sobą odbijające się echem konsekwencje. Może i jest ubrana cała na biało, ale jej celem podczas tej wizyty jest obnażenie prawdziwego oblicza innych.
Historia jest jednocześnie prosta i złożona. Claire i Anton byli w sobie szaleńczo zakochani za młodu, ale Anton zdecydował się poślubić Matyldę, by zyskać bezpieczeństwo finansowe dzięki rodzinnemu sklepowi żony. Claire, z powodów, które ujawniają się w trakcie spektaklu, opuszcza miasto i buduje nowe życie. Wielokrotnie wychodzi za mąż i „dobrze owdowieje”, stając się najbogatszą kobietą świata.
Podczas gdy fortuna Claire rośnie, jej rodzinne miasteczko systematycznie podupada. Przemysł zamiera, zakorzenia się bieda. Pewnego dnia Burmistrz otrzymuje wiadomość, że Claire wraca do Brachen. On i mieszkańcy mają nadzieję przekonać ją do oddania części majątku, by miasto mogło stanąć na nogi. Ku ogromnej ekscytacji wieśniaków, Claire oferuje Brachen 10 miliardów dolarów.
Ma jednak konkretną cenę. To, czy miasto będzie skłonne ją zapłacić, stanowi oś narracji. Zdradzenie szczegółów fabuły odebrałoby widzowi przyjemność z odkrywania zaskakujących zwrotów akcji w tekście McNally'ego. Naprawdę, im mniej wie się o „The Visit” przed seansem, tym większe wrażenie zrobi to pierwsze doświadczenie.
Chita Rivera jako Claire jest niezapomniana; to żarząca się gwiazda broadwayowskiej sceny w niegasnącej chwale – Rivera jest bezbłędna. Wygląda olśniewająco, w każdym calu przypominając niewyobrażalnie bogatą wdowę. Jej opanowanie i postawa są hipnotyzujące; gdy jest na scenie lub na nią wchodzi, nie można oderwać od niej wzroku. Powoli, lecz nieubłaganie odkrywając prawdy i cierpienia, które ukształtowały jej naturę i skłoniły do wizyty, Rivera tworzy studium wyrachowanej zemsty i wyrównywania rachunków, które stawia jej Claire ramię w ramię z Medeą czy Elektrą.
Jednocześnie Claire w wydaniu Rivery to kobieta z krwi i kości, z wyraźnym wspomnieniem dawnej fascynacji Antonem i sentymentem do rodzinnego miasta. Jest też dowcipna, potrafi rzucić celną obserwację, groźbę czy analizę z niechybną precyzją. Jej stalowa wola, porozumiewawczy uśmiech, pełen gracji chód, zaraźliwy uśmiech, drapieżna inteligencja – to tylko niektóre z lśniących faset diamentu, jakim jest Claire w jej wykonaniu.
W wieku 82 lat nie jest zaskoczeniem, że Rivera nie śpiewa i nie tańczy już tak jak dawniej, ale wciąż robi to lepiej niż wielu młodszych wykonawców. Jej interpretacje w „You, You, You”, „Winter”, „Love and Love Alone” czy „In The Forest Again” są nadzwyczajne, przejmujące i zmysłowe. Jej porozumienie z Reesem jest jednoznacznie głębokie – gdyby Romeo i Julia przeżyli, wyglądaliby właśnie tak jak Rees i Rivera tutaj. Całkowicie oddana każdemu aspektowi postaci i musicalu, Rivera jest nieustającą radością dla widza.
Roger Rees dotrzymuje jej kroku na każdym kroku. Jego Anton to postać o zmiennej naturze, rozdarta między światem, który porzucił, a tym, który stworzył, ale ciągle szukająca sposobu, by mieć ciastko i zjeść ciastko. Zarówno udręczony, jak i oportunistyczny, Rees zmienia Antona w niemal szekspirowskiego kandydata do odkupienia. Jego głos jest głęboki i szczery, a kiedy trzeba – odpowiednio znękany ciężarem zadania, przed którym staje. Widz ma okazję usłyszeć ogromną rozpiętość jego talentu w utworach „I Know Claire” oraz „Fear”. To potężna kreacja pod każdym względem.
Jako Frederich Kuhn, nauczyciel, Jason Danieley jest całkowicie nie do poznania, dopóki nie zacznie śpiewać – wtedy zdradza go jego wspaniały głos. Całkowicie zatapia się w postaci nękanej moralnym dylematem, co najlepiej widać w jego solówce „The Only One”, ale także w każdej kolejnej scenie.
Mary Beth Peil jako Matylda, żona Antona z wieloletnim stażem, daje popis gry aktorskiej w portretowaniu bólu i urazy. Przy użyciu niewielu słów buduje jasny obraz kobiety, którą jest, a w swojej ciszy bywa szczególnie wymowna. Gdy siedzi lub stoi w cieniu, nieruchoma i czujna, wodząc wzrokiem z miejsca na miejsce, oceniając i knując, jest wręcz hipnotyzująca. Człowiek orientuje się, że chce obejrzeć tę produkcję jeszcze raz, by skupić się wyłącznie na niezwykłej pracy Peil.
Równie znakomici są John Riddle i Michelle Veintimilla, grający młodsze wersje Claire i Antona z czasów ich wielkiego, namiętnego romansu. Oboje bardzo dbają o to, by naśladować cechy swoich starszych odpowiedników (i vice versa) i wyraziście pokazać stawkę, o jaką toczyła się gra, przynajmniej w przypadku Claire. Poczucie leniwej, trwałej, a jednak obezwładniającej pasji jest niemal namacalne. Śpiewają i tańczą z lekkością i oddaniem dwojga ludzi stanowiących jedność, z pełnym przekonaniem.
W szesnastoosobowej obsadzie nie ma słabych ogniw. David Garrison, Matthew Deming, Chris Newcomer i Elena Shaddow są szczególnie wzorowi, tworząc szczegółowe, niuansowe kreacje, które nieustannie angażują i prowokują widza.
Pod względem muzycznym partytura jest fascynująca. Bliższa sferze „Pocałunku kobiety pająka” niż „Chicago”, kompozycja Kandera tworzy specyficzny dźwięk dla miasteczka Brachen i jego różnych epok, wykorzystując rozmaite rodzaje piosenek do rozwijania postaci czy fabuły. „Yellow Shoes”, być może najbardziej rozpoznawalny styl Kandera w całej partyturze, jest radosny i wpada w ucho, ale pod spodem pulsuje poważny zwrot akcji. Wiele numerów buduje nastrój, wyjaśnia fabułę czy rozwija postacie – ale niektóre są po prostu przepiękne. „A Car Ride” i „In The Forest Again” to niezwykłe momenty muzyczne w partyturze usianej klejnotami.
Można odnieść wrażenie, że gdyby tę partyturę skomponował Sondheim, zewsząd sypałyby się pochwały. Fakt, że można pomylić dzieło Kandera z Sondheimem, mówi więcej o wszechstronności tego pierwszego i jego chęci do eksperymentowania z nową formą niż cokolwiek innego. Wykorzystanie dwóch chórek jest dla niego nowym terenem, ale niezwykle skutecznym. Spektakl jest najlepszy wtedy, gdy cały zespół śpiewa z pełną mocą, ożywiając harmonie i melodie, przekazując jednocześnie potok podskórnych emocji i reakcji.
To wspaniała partytura Kandera, jedna z jego najlepszych. Kto inny porwałby się na musicalową tragedię zemsty i osiągnął taki sukces?
Teksty Ebba są ostre i przemyślane – czasem protekcjonalne, czasem powierzchowne, romantyczne lub alarmujące – ale zawsze trafione w punkt. Żadna minuta nie jest zmarnowana. Ta druzgocąca opowieść toczy się w błyskawicznym tempie, napięcie nie słabnie, a rewelacje i zwroty akcji następują jeden po drugim, gdy nieubłaganie zbliża się termin przyjęcia układu przez Claire. Zegar tyka, co znajduje odzwierciedlenie w dialogach, tekstach piosenek i muzyce. Podobnie jak temat zmiany i akceptacji.
Scott Pask, zapewne najbardziej zapracowany scenograf na Broadwayu, tworzy idealną oprawę dla tej historii – jedno spojrzenie na wyschniętą wielkość lokacji mówi o stanie Brachen i wspomnieniach Claire więcej niż strony dialogu. Japhy Weideman rozświetla każdy kąt, gdy jest to potrzebne, tworząc ważne zmiany nastroju barwami, które wydają się częścią samej partytury. Kostiumy Ann Hould-Ward są po prostu doskonałe.
Doyle i choreografka Graciela Daniele dbają o to, by obrazy sceniczne zawsze urzekały. Daniele nie ma tu wielkich numerów zbiorowych do zainscenizowania, ale udaje jej się nasycić sceny taneczne stylowymi i całkowicie trafnymi ruchami. Baletowe, uwodzicielskie wiry młodego Antona i Claire oraz sekwencja „Yellow Shoes” to dwa różne światy, ale oba trafione w dziesiątkę.
Kierownictwo muzyczne Davida Louda było wzorowe. Muzyka jest grana z werwą i pasją, a on dba o to, by śpiew był nienaganny, a dykcja kryształowo czysta. Dziesięcioosobowa orkiestra obsługuje wiele instrumentów, a różnorodność brzmieniowa była bardzo mile widziana; jeśli nie można mieć większego składu, taki jak ten jest doskonałym kompromisem.
Nie miejcie złudzeń: to nie jest komedia muzyczna. To coś zupełnie innego. Jeśli dacie się jej porwać i pochłonąć, zostaniecie sowicie nagrodzeni. To widowisko najwyższej klasy pod każdym względem, a co ważniejsze dla kondycji gatunku, jakim jest musical – ożywczy, choć wstrząsający, nowy kierunek.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności