WIADOMOŚCI
RECENZJA: The World Goes Round, Union Theatre ✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
The World Goes Round
Union Theatre
7 lutego 2014
2 gwiazdki
Twórczość Johna Kandera i Freda Ebba jest wręcz sensacyjna. Ich dorobek zachwyca rozmachem, głębią i nieskończonymi możliwościami interpretacyjnymi. Ich muzyka i teksty wymagają wykonawców z charyzmą – wokalistów, którzy nie tylko dysponują potężnym głosem, ale potrafią opowiedzieć historię i pozwolić, by magia muzyki wybrzmiała dzięki ich własnej wizji i osobowości.
Śpiewając utwory Kandera i Ebba, trzeba zacząć z pewną rezerwą, by mieć z czego budować emocjonalne crescendo i poszybować jeszcze wyżej. To nie są piosenki dla osób o słabym sercu czy pozbawionych wyrazu. Nie bez powodu diwy całego świata, bez względu na płeć, rozkoszują się bogactwem melodii skomponowanych przez ten niezwykle utalentowany duet.
W 1991 roku Scott Ellis, Susan Stroman i David Thompson stworzyli rewię prezentującą repertuar Kandera i Ebba – od klasyków po mniej znane perełki. Miał to być popis dla pięciorga wspaniałych wykonawców. Spektakl zatytułowano The World Goes Round i właśnie doczekał się on wznowienia w Union Theatre w reżyserii Kirka Jamesona, pod opieką muzyczną Richarda Batesa i Michaela Rileya oraz z choreografią Sama Spencera Lane’a.
W ramach dość osobliwej decyzji, do przewidzianej przez twórców piątki solistów dołączyło tutaj pięcioro znacznie młodszych „cieni” – niedawnych absolwentów londyńskich szkół teatralnych, którzy zdają się nie wnosić do spektaklu kompletnie nic, a już na pewno nie umiejętności scenicznych. Wszyscy wydają się prymusami z przedmiotu „Złe miny sceniczne 101”, a Shahail Woodstock ze swoim permanentnym grymasem skutecznie zabija swój chłopięcy urok. Mówiąc szczerze, te „cienie” nie mają tu nic sensownego do roboty i są całkowicie zbędne. Co więcej, ich obecność sprawia, że główna obsada odpuszcza tam, gdzie powinna dawać z siebie wszystko. Najbardziej razi ich bezpłciowość; brak tu jakiejkolwiek iskry Bożej. U panów widać zbyt duże skupienie na przyjmowaniu póz (zazwyczaj absurdalnych lub przesadnie zniewieściałych, niezależnie od wymowy tekstu czy piosenki) zamiast na rzetelnym występie, który wspierałby liderów.
Winę za to ponoszą jednak realizatorzy. Ich mdłe pomysły na inscenizację, fatalne interpretacje poszczególnych numerów i całkowity brak zrozumienia, czym jest rewia i jak ją ugryźć – to wszystko sprawia, że jest to produkcja po prostu opłakana. Słowo „fatalna” to i tak komplement.
Z głównej piątki jedynie Simon Green zbliżył się do poziomu, jakiego wymaga ten materiał, a i tak nie było to wykonanie w pełni satysfakcjonujące. Pod względem wokalnym muzyka przerosła całą obsadę. Ani jedna piosenka nie została zaśpiewana z pasją, intensywnością, życiem, wdziękiem czy choćby podstawowym zrozumieniem, na jakie te kompozycje zasługują – a wręcz jakiego żądają. Nieczystości było tyle, że można by pomyśleć, że słuchamy jakichś dziwacznych wariacji na temat Kandera i Ebba, a nie oryginału.
Harmonie się sypały, teksty były podawane niedbale, ignorowano rytm, a narracja piosenek często całkowicie znikała. Być może gdzieś można usłyszeć gorsze wersje „Class”, „Ring Them Bells”, „Money, Money”, „Maybe This Time”, „A Quiet Thing”, „All That Jazz”, „Mr Cellophane” czy „Cabaret”, ale podejrzewam, że trzeba by się bardzo natrudzić, by je znaleźć. Gareth Snook, Lisa Stoke, Emma Francis i Susan Fay – nikt nie pokazał nic godnego uwagi. Czy naprawdę nie ma już na przesłuchaniach aktorów, którzy potrafią jednocześnie grać i śpiewać?
Union Theatre często prezentuje znakomite spektakle. Niektóre z tamtejszych produkcji były inspirujące i udowadniały siłę materiału, nad którym pracują twórcy.
Ta inscenizacja The World Goes Round robi coś dokładnie odwrotnego – całkowicie ukrywa wartość utworów i próbuje przekonać widza, że mierność lub brak umiejętności to coś, co warto oklaskiwać.
Otóż nie warto.
W tygodniu, w którym „inna” (sondheimowska) rewia, Putting It Together, zakończyła swój świetny przebieg w St James' Theatre, ta dziecinna i powierzchowna produkcja wypada wyjątkowo blado.
Sama sztuka – w której tu, co dziwne, zabrakło genialnego duetu „The Grass Is Always Greener” – to kawał teatralnej magii. Zasługuje na znacznie lepsze traktowanie. O niebo lepsze.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności