Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Tonight at 8.30, Jermyn Street Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje cykl jednoaktówek Noëla Cowarda „Tonight at 8.30”, wystawiany obecnie w londyńskim Jermyn Street Theatre.

Obsada „Star Chamber”. Fot. Robert Workman Tonight at 8.30

Jermyn Street Theatre,

22 kwietnia 2018 r.

5 Gwiazdek

Zarezerwuj bilety

Mamy ogromne szczęście, że ten cykl dziewięciu jednoaktówek Cowarda (napisał jeszcze dziesiątą, ale nie została tu włączona) został nam podarowany przez niezmordowany Jermyn Street Theatre – czołową scenę fringe’ową, usytuowaną w samym sercu West Endu, tuż przy Piccadilly. Ten zbiór migawek z połowy lat 30. należy do najrzadziej wystawianych dzieł Mistrza, ale niska częstotliwość wystawień w żaden sposób nie świadczy o jego jakości. Dyrektor artystyczny, młody i niezwykle utalentowany Tom Littler, czaruje tu na potęgę, wspomagany przez wyśmienitą obsadę i wspaniałą produkcję – a wszystko to w bardzo przystępnej cenie. To prawdziwa podróż: początek jest nieco powolny, ale gdy akcja nabierze tempa, staje się nie do powstrzymania i raz za razem trafia w dziesiątkę. Szaleństwem byłoby to przegapić. Co więcej, w wybrane dni można obejrzeć wszystkie sztuki za jednym razem, co jest nie lada gratką.

Mamy tu trzy zestawy po trzy sztuki. Całość otwiera blok zatytułowany przez producentów „Secret Hearts”, w którym prym wiedzie „Star Chamber” – ten jeden tekst, który zazwyczaj pomija się w inscenizacjach (zastępując go „Fumed Oak”). To całkiem zabawny wstęp, o ile lubi się popisy teatralnej złośliwości, choć ciekawszego wymiaru nabiera dzięki sprawnie napisanym scenom z nakładającymi się dialogami. Jeśli kryje się w tym coś więcej, głębszy sens po prostu mi umknął. Obsada jest tu silna, choć dla aktorów ta sztuka to zaledwie urocza rozgrzewka. Co ciekawe, to właśnie tutaj Boadicea Ricketts ma szansę naprawdę rozwinąć skrzydła – to błyskotliwy, nowy talent na progu kariery i świetne odkrycie w roli próżnej, egocentrycznej diwy, mistrzyni druzgocących non-sequiturów. Jestem pewien, że jeszcze o niej usłyszymy.

Jeremy Rose i Rosemary Ashe w „Red Peppers”. Fot. Robert Workman

Następnie oglądamy „Red Peppers”, który jest trącącym myszką obrazem drugorzędnych artystów rewiowych. Nawet Rosemary Ashe i Jeremy Rose (jako Lily i George Pepper) nie do końca trafiają w ton pastiszowych numerów musicalowych i złośliwych kłótni za kulisami. Coward pisał ten materiał jako popis dla takich gwiazd jak on sam i Gertrude Lawrence, gdy byli rówieśnikami stulecia; w rękach znacznie starszych wykonawców tekst zyskuje na głębi, stając się portretem rozczarowania i zmarnowanego życia, jednak piosenki pełne ducha i wesołości brzmią dziwnie w tak dojrzałym otoczeniu.

Nick Waring i Miranda Foster w „Still Life”. Fot. Robert Workman

Pierwszą „trylogię” kończy prawdopodobnie najbardziej znana historia z całego zestawu: „Still Life”. To właśnie to opowiadanie stało się kanwą dla filmu Davida Leana „Spotkanie” (Brief Encounter), który obecnie można również zobaczyć na deskach pobliskiego Empire Cinema przy Haymarket w radykalnej adaptacji Emmy Rice i teatru Kneehigh. Porównanie jest interesujące. W przeciwieństwie do Littlera, Rice robi wszystko, by nie wystawić utworu „po bożemu”, co daje piorunujący efekt. Miranda Foster i Nick Waring grają Laurę i Aleca dokładnie tak, jak zapisano w tekście, przez co mamy wrażenie, że ślizgamy się po powierzchni świata Cowarda, nigdy nie wchodząc z nim w prawdziwy kontakt.

A potem dzieje się coś niezwykłego. Nagle, w połowie rozmowy przy herbacie w stacyjnej kawiarni, zanurzamy się w samo sedno ich życia. Trudno powiedzieć, jak to się dzieje, ale nagle każde słowo zostaje oświetlone od wewnątrz i wszystko, co mówią, nabiera ogromnego znaczenia. Aktorzy wyraźnie pracowali bardzo uważnie, by dotrzeć do tego punktu, ale od tego momentu nie tylko ta sztuka, ale całe wydarzenie zmienia kierunek i nastrój. Wszystko zaczyna do siebie pasować. Zaczyna dziać się magia współdziałania wszystkich elementów. I trwa to już do samego końca, przez wszystkie pozostałe sztuki.

Ian Hallard i Sara Crowe w „We Were Dancing”. Fot. Robert Workman

Po pierwszej długiej przerwie (między drugą a trzecią sztuką w każdym zestawie są tylko 15-minutowe pauzy, a między pierwszą a drugą sprytne muzyczne interludia – błyskotliwe riposty Stefana Bednarczyka są tu prawdziwą rozkoszą), produkcja zdaje się nie popełniać ani jednego błędu. Druga grupa sztuk (nazwana tutaj „Bedroom Farces”) zaczyna się od niemal surrealistycznego podejścia do lekkiej komedii – „We Were Dancing”. Sara Crowe radzi sobie z kapryśnymi zwrotami akcji w roli Louise z taką samą swobodą i werwą, jakiej oczekujemy od Amandy i wszystkich najlepszych kobiecych ról Cowarda. Ian Hallard jest dla niej świetnym tłem jako Karl, podczas gdy Waring wciela się tu w oburzonego małżonka, Huberta, z wadą wymowy przypominającą Jerzego VI. Rosemary Ashe idealnie trafia w ton jako jego sekutnica-siostra, Clara. Sceny tego kwartetu – bitwy intelektu i pasji – są wykonane z iście shawowską kontrolą i energią, nadając oszałamiającą formalną urodę tej szalonej treści.

Niezapomniane wrażenie budują również: pyszna scenografia autorstwa Louie Whitemore (która raz po raz wypełnia scenę wspaniałymi obrazami z epoki – w tej malutkiej, podziemnej przestrzeni można się tylko zastanawiać, gdzie oni mieszczą te wszystkie dekoracje); przepiękne kostiumy (całe mnóstwo!) niesamowicie utalentowanej Emily Stuart; oraz doskonałe oświetlenie Tima Mascalla. Ponadto Tom Attwood mistrzowsko panuje nad sferą dźwiękową, wprowadzając nas płynnie w audycje radiowe, recitale klasyczne i odgłosy otoczenia, co wzmacnia epicki rozmach cyklu.

Miranda Foster, Nick Waring i Ian Hallard w „Ways and Means”. Fot. Robert Workman

Jeśli po „We Were Dancing” uznacie, że tylko dla tej sztuki warto było kupić bilet – a warto – to najlepsze dopiero przed Wami. „Ways and Means” to kolejna niezwykle pomyślana i wykwintnie zrealizowana arabeska pomysłów, wyczarowana przez iście złośliwą wyobraźnię. Foster i Waring grają tu zupełnie inny rodzaj pary – finansowo przyciśniętych do muru i pchniętych ku przestępstwu w najbardziej melodramatyczny i zbieżny sposób. W epizodzie jako Stevens, były szofer, błyszczy Ben Waring. W tych sztukach, podobnie jak gdzie indziej, Coward pozwala sobie na postrzeganie pieniędzy jako zewnętrznego wroga ludzkiego spokoju; jednak szersze tło historyczne ledwie tu majaczy: pojawiają się przelotne żarty o Mussolinim czy Hitlerze, ale znikają tak szybko, jak się pojawiły. W sztukach tak mocno osadzonych w „realiach” życia bohaterów, trudno ocenić ten brak. Przyglądając się latom 30. z tylu różnych perspektyw, dziwne wydaje się niedostrzeganie społeczeństwa poza drzwiami salonu.

Nick Waring, Sara Crowe, Ian Hallard, Miranda Foster w „Shadow Play”. Fot. Robert Workman

Ale mniejsza o to. W niesamowitym „Shadow Play” otrzymujemy kolejny strzał w dziesiątkę: niczym w operetce, Coward łączy dialog z akcją w sposób, o którym podręczniki mówią, że nie istniał przed duetem Rodgers i Hammerstein w 1943 roku. Dramaturgia teatru muzycznego Cowarda jest bezbłędna. Wypychając nas z „realnego” świata i zabierając w epizod fantasy wyprzedzający o dekady „dream ballets” z lat 40. i 50., zapowiada „Lady in the Dark”, a nawet „Follies” w sposób po prostu olśniewający. (Przynajmniej jeden współczesny twórca musicali wypowiada się lekceważąco o osiągnięciach Cowarda, ale zastanawiam się, czy nie znalazł w jego dziełach więcej inspiracji i nauki, niż chciałby przyznać).

Jeremy Rose, Rosemary Ashe w „Family Album”. Fot. David Monteith-Hodge

Na początek finałowej rundy (nazwanej „Nuclear Families”) dostajemy osobliwość: „Family Album” – wgląd w minione dni lat 60. XIX wieku. Zaczyna się od kolejnego efektownego zabiegu: zachwycającego tableau przedstawiającego scenę pogrzebu w wiktoriańskiej rodzinie, ubranej w najwspanialsze, najbardziej wystawne stroje żałobne. Dialog jest cudownie sztywny, a Coward podbija tę stawkę, przechodząc w świetne pastisze numerów Gilberta i Sullivana. Czarujące. Przesłanie sztuki pozostaje spójne z resztą spektaklu i miło jest widzieć Wigginsa w roli outsidera wżenionego w domostwo, który ma tu więcej do zagrania.

Miranda Foster i Sara Crowe w „Hands Across The Sea”. Fot. David Monteith Hodge

Przedostatnia sztuka, „Hands Across The Sea”, to nie tyle prztyczek w nos klas wyższych, co ich bezpardonowe przeczołganie. Coward nie bierze jeńców. Ashe w roli furiatki z Belgravii, szlachetnej Clare Wedderburn, jest bezbłędna, przy świetnym wsparciu Foster jako równie upiornej Lady Maureen Gilpin („Piggie” dla przyjaciół). Bednarczyk jest w szczytowej formie jako srogi komandor Peter Gilpin, a Rose jako jego równie okropny kolega, komandor porucznik Alastair Corbett. Waring nie ustępuje im jako major Gosling. Co za towarzystwo. W tę szaloną rzeczywistość trafiają nieszczęsni państwo Wadhurst z Malajów (Hallard i Crowe), dosłownie zaplątując się w świat wyższych sfer.

Ostatni utwór jest być może najbardziej zagadkowy. Niczym wyciszone opowiadanie Somerseta Maughama, jest to bardzo trzeźwa i rzeczowa analiza spraw, które idą źle. A potem jeszcze gorzej. Śmiechu jest niewiele. Atmosfera oczyszcza się, a my zostajemy zmuszeni do bardzo wnikliwego przyjrzenia się samym sobie. Mimo całej wesołości, nie ma nic zabawnego w życiu, które wykoleja się na naszych oczach, i w nieotrzymywaniu tego, czego pragniemy najbardziej na świecie. To tekst chłodny, zdystansowany, surowy i bezlitosny – zadaje nokautujący cios, po którym wracamy do domu z głową pełną myśli, a nie tylko zapamiętanych żartów. Czy tak właśnie wygląda życie? Coward nie zwleka ani sekundy dłużej, niż to konieczne, by ta myśl w nas zakiełkowała. Reszta, jak zdaje się sugerować, należy do nas.

Niezwykłe wydarzenie teatralne, którego pozazdrości Jermyn Street Theatre wiele innych scen w mieście i w całym kraju. Geniusz.

Sztuki wystawiane w Jermyn Street Theatre do 20 maja 2018 r.

ZAREZERWUJ BILETY NA TONIGHT AT 8.30

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS