Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Translations, National Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Sophie Adnitt

Share

Sophie Adnitt recenzuje spektakl Translations Briana Friela, wystawiany obecnie na scenie Olivier Theatre w National Theatre.

Zespół Translations. Fot. Catherine Ashmore Translations

National Theatre, Olivier

Pięć gwiazdek

Zarezerwuj bilety Powracając na afisz (choć z częściowo odświeżoną obsadą), produkcja National Theatre z 2018 roku oparta na sztuce Briana Friela pt. Translations z nawiązką uzasadnia swój powrót na scenę Olivier.

Akcja sztuki rozgrywa się w Irlandii w latach 30. XIX wieku i śledzi losy wiejskiej społeczności zmagającej się z przybyciem angielskich żołnierzy sporządzających mapę terenu (Ordnance Survey). Obie grupy zachowują wobec siebie nieufny dystans, dopóki do domu nie powraca marnotrawny syn, Owen (Fra Fee), zatrudniony przez Anglików jako tłumacz. Zadaniem Owena, u boku angielskiego porucznika Yollanda (Jack Bardoe), jest anglicyzacja nazw geograficznych regionu – co w efekcie oznacza porzucenie historii pokoleń, które te nazwy stworzyły. Proces ten spotyka się z nader mieszanymi reakcjami społeczności Owena, a sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Yolland zaczyna zakochiwać się w Irlandii.

Dermot Crowley i Judith Roddy w Translations. Fot. Catherine Ashmore

Doskonała scenografia Rae Smith wypełnia scenę Olivier rozoranym, dzikim polem, przez które przedzierają się bohaterowie, a projekt oświetlenia Neila Austina jest po prostu oszałamiający. A jednak, mimo tej ogromnej przestrzeni, inscenizacja Iana Ricksona tworzy niezwykłe poczucie intymności. Pierwsza część sztuki emanuje niespodziewanym ciepłem, gdy Hugh (Ciarán Hinds), nauczyciel w szkole parafialnej, próbuje prowadzić lekcje po łacinie, odwołując się do greckich mitów i odpytując uczniów z pochodzenia poszczególnych słów. Słowa są tu na pierwszym planie. To hołd dla języka, który ma w sobie coś z nekrologu – pełen szacunku dla przeszłości i tego, co nieznane (w jednej ze scen Yolland cicho powtarza irlandzkie nazwy miejscowości czytane przez Owena, jakby były modlitwą).

Rufus Wright, Fra Fee, Jack Bardoe. Fot. Catherine Ashmore

Mimo tego ciepła i rytmów, które wydają się wpisane w naturę bohaterów, wszystko zostaje wytrącone z równowagi wraz z przybyciem Owena. Fra Fee tworzy znakomitą kreację, grając Owena początkowo z wylewnością, która wydaje się nienaturalna, natychmiast odcinając go od własnej rodziny. Później mówi o swojej ojczyźnie niemal z pogardą, z manierą kogoś, kto uciekł z małego miasteczka do metropolii i nigdy nie zamierzał wracać. Jest niemal zażenowany swoją przeszłością i społecznością, otwarcie niedowierzając zachwytom Yollanda. To intrygujący i złożony portret, zwłaszcza gdy jego decyzje w końcu go dopadają, a on sam zostaje rozdarty między światami: irlandzkim i angielskim, przeszłością i przyszłością, tradycją a postępem. Każda myśl jest wypisana na jego twarzy.

W pozostałych rolach Jack Bardoe nadaje Yollandowi szczerość i młodzieńczą otwartość w swoim profesjonalnym debiucie teatralnym. Judith Roddy wnosi niezwykłą godność i szlachetność do postaci upartej Maire, a Liadán Dunlea jako płochliwa, nerwowa Sarah, której brakuje słów właśnie wtedy, gdy najbardziej ich potrzebuje, jest niezwykle sugestywna. Fakt, że Dunlea potrafi w pełni ukazać całą niewypowiedzianą historię Sarah w tle swoich bardziej rozmownych towarzyszy – wystarczy spojrzeć, jak reaguje na otoczenie – jest nadzwyczajny.

Jack Bardoe i Judith Roddy. Fot. Catherine Ashmore Jest i Ciarán Hinds, w którego wierzy się od pierwszej sekundy – on po prostu jest w Baile Beag w 1833 roku i nie ma tu żadnej widowni, jest tylko Hugh w pełni zamieszkujący świat sztuki. Jako Hugh, Hinds balansuje między pijacką nieudolnością a dziką inteligencją, gdy jego autorytet powoli wymyka się z rąk, wraz ze stylem życia, który znał od zawsze. Pod koniec spektaklu Hinds jako Hugh patrzy na Fee w roli Owena tak intensywnie, że dziwię się, iż nie wypalił w nim dziur wzrokiem. Jego końcowa przemowa, pijacka recytacja Eneidy Wergiliusza, sprawia, że wiercąca się i pokasłująca dotąd widownia zastyga w milczeniu, jak urzeczona. „Słowa to sygnały” – mówi Hugh – „Nie są nieśmiertelne”. To sentyment, który wcześniej wybrzmiał połowicznie w słowach jego syna, gdy Owen protestuje: „To tylko imię”, odnosząc się do tego, że angielski żołnierz notorycznie przekręca jego imię. Sugeruje to, że choć jest to sztuka o słowach, to traktuje o czymś znacznie głębszym. To opowieść o nieuchronności, stopniowej stracie nie do powstrzymania i o byciu zawieszonym między jednym miejscem a drugim, nigdy nie będąc „wystarczającym” w żadnym z nich. Niezwykle poruszający i imponująco zainscenizowany spektakl Translations udowadnia, że jest jedną z najważniejszych produkcji tego roku. Nie możecie tego przegapić.

ZAREZERWUJ BILETY NA TRANSLATIONS

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS