Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Twang!, Union Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje musical „Twang!” autorstwa Lionela Barta, który doczekał się właśnie wznowienia w Union Theatre w Southwark.

Twang!!

Union Theatre

13 kwietnia 2018 r.

3 gwiazdki

Kup bilety Lionel Bart, twórca megahitowego musicalu „Oliver!” oraz ponadczasowych przebojów pop, takich jak „Livin' Doll” Cliffa Richarda, był niekwestionowanym królem brytyjskiego songwriterstwa. „Twang!!”, z tym swoim podwójnym wykrzyknikiem, był spektaklem, który strącił go z piedestału, puszczając z dymem jego majątek i rujnując karierę. Pozostawił po sobie jedynie artystyczne i osobiste zapomnienie, aż do śmierci w całkowitej anonimowości w 1999 roku. Można poczuć pewną chorobliwą fascynację, oglądając to miejsce katastrofy, przywrócone do życia z trudnym do pojęcia entuzjazmem w Union Theatre.

Spadkobiercy i wydawcy Barta odnieśli pewne sukcesy, przywracając na afisz dwa spektakle powstałe po „Oliverze!” – „Blitz!” (nie zmyślam tych wykrzykników, tak brzmią oryginalne tytuły) oraz „Maggie May”. Jednak „Twang!!” aż do teraz skutecznie opierał się wszelkim próbom wznowienia. Premiera spektaklu była synonimem chaosu, głównie ze względu na brak spójnego libretta – na każdym przedstawieniu grano niemal co innego. Uznając to za poważną skazę, zarządcy dorobku Barta mądrze rozpisali „przetarg” wśród cenionych postaci z branży, by naprawić ten tekst. Nie mogę zdradzić, kto jeszcze brał w tym udział, ale zwycięzcą procesu został Julian Woolford – obecny szef wydziału musicalowego w prestiżowej Guildford School of Acting (GSA). Woolford to uznany autor sztuk i musicali, a także podręczników o pracy w tym wymagającym gatunku.

Należy szanować jego decyzje. W nowej wersji zachował oryginalne piosenki, ale na siłę upchnął tam wspomniane „Livin' Doll” (nie wiedzieć czemu) oraz mnóstwo cytatów – niekiedy bardzo długich – z najróżniejszych musicali. Całość stała się przez to swoistą „Parodią nad Parodiami”. Jeśli taki rodzaj humoru trafia w Państwa gusta, czytajcie dalej.

Wypełniony po brzegi hermetycznymi żartami ze świata teatru muzycznego, pierwszy akt sprawia wrażenie, jakby celował w humor nie tyle niskich lotów, co wręcz „piwniczny”. Przypomina to zmierzch serii filmowej „Carry On”, z męczącą i bardzo dosłowną obsesją na punkcie dwuznacznych, sprośnych żarcików, przywodzących na myśl plastikową pustkę serii „Confessions” Robina Asquitha. Ponownie: jeśli to są Państwa klimaty, proszę wytrwać. Gdy zbliżamy się do przerwy, zaczyna majaczyć coś na kształt fabuły, która wydaje się podejrzanie znajoma z filmów o Errolu Flynnnie. W drugiej połowie wątek narracyjny w końcu dostaje zastrzyk energii i spektakl zaczyna budzić jakiekolwiek zainteresowanie dramatyczne. Niektórzy mogliby rzec: najwyższy czas. Niemniej jednak fakt, że przypomina nam się o znacznie lepszych adaptacjach tej historii, nie działa na korzyść recenzowanej sztuki.

Wszystkie typowe, przewidywalne zagrywki zostają odhaczone i docieramy do czegoś na kształt finału, choć jest on niepotrzebnie wydłużony przez rozwlekłe wykonanie wielkiego hitu Sir Cliffa. Po drodze trafia się w zasadzie tylko jedna piosenka Barta, która zasługuje na uwagę: „I've Got A Handful Of Songs To Sing You”. To naprawdę piękny utwór i gdyby nie został pogrzebany pod górą kampu i tandetnych aluzji, moglibyśmy go w pełni docenić. W obecnej formie scenariusz nam na to nie pozwala. Zamiast tego, ciągłe nawiązania do innych – znacznie lepszych – musicali tylko przypominają nam, raz za razem, że to, co czyni tamte dzieła wartościowymi, jest tutaj nieobecne. Choć aktorzy wykazują się nieraz dużą sprawnością, te pastisze budzą śmiech kosztem samego „Twang!!”, co pod koniec pozostawia niesmak.

Wielka szkoda, bo bywają momenty, gdy myślisz sobie: „O, ten żart był całkiem udany”. Jednak problem z „skrzynką sztuczek” Woolforda polega na tym, że nie ma w niej miejsca na oddech. Reżyseria Bryana Hodgsona jest wierna wytycznym tekstu, ale nie udaje mu się tchnąć życia w to dobrze zakonserwowane, ale zupełnie nieruchome ciało. Jako żart studencki na zakończenie roku w szkole aktorskiej, rzecz mogłaby mieć swój urok (rozumiem, że wcześniejsze warsztaty odbyły się właśnie w GSA pod okiem Woolforda). Jako samodzielne dzieło – jeśli kiedykolwiek chcieliście wiedzieć, dlaczego spektakl ten był tak kolosalną klapą za pierwszym razem, ta wersja dostarcza aż nadto dowodów.

W międzyczasie możemy podziwiać energiczną choreografię Mitchella Harpera i stylowe oświetlenie Bena Jacobsa. Justin Williams i Jonny Rust przygotowali kolejną świetną scenografię do tej sali – stają się prawdziwymi ekspertami od wykorzystania tutejszej przestrzeni. Kostiumy Penna O'Gary są być może najmniej pomysłowym elementem: wczesna kwestia „Witamy w latach sześćdziesiątych... 1160-tych” dawała nadzieję na ciekawszy kierunek (przy okazji, to nie jest właściwa dekada dla tych postaci, ale wątpię, by kogoś to obchodziło). Niestety, obsada, mimo tytanicznego wysiłku, jest przytłoczona ciężkimi materiałami, perukami i głęboko nieseksownymi sukniami z epoki. Mimo całej sprośności scenariusza, ci pracowici i sympatyczni młodzi ludzie nie dostają szansy, by pokazać to, co libretto niby próbuje przekazać: lekcję o wartości teatru muzycznego. Kolejni producenci (o ile tacy się znajdą, a na ten powrót czekaliśmy 53 lata) powinni przestudiować minimalistyczne podejście zastosowane w, powiedzmy, „Chicago” (bez wykrzyknika – nie jest potrzebny), by zrozumieć, że w teatrze, podobnie jak w życiu, mniej często znaczy więcej... znacznie więcej.

Na koniec słowa uznania dla dzielnej trupy aktorów, którzy włożyli w ten projekt całe serce. Peter Noden to sympatyczny Robin, Kweeva Garvey to promienna Marian, Joe Rose w roli Mucha nabiera tempa w trakcie spektaklu, a Jessica Brady pewnie prezentuje się jako Delphina Leuves-Dick (rozumiecie?). Christopher Hewitt gra Szeryfa z Nottingham w stylu nieco przypominającym Victora Spinettiego. Christian Lunn jako Mały John nawiązuje do Petera Gilmore’a, a Kane Verrall w roli Willa Scarletta dwoi się i troi, by wykrzesać z siebie nadludzką energię (ma też jeden z niewielu efektownych kostiumów). Stephen Patrick zapada w pamięć – jeśli nie słuchowo, to wizualnie – jako dziwaczny Hob of the Hill, a Victoria Nicol jest bardzo „joann-collinsowatą” Lady Elphebą. Ed Court świetnie wypada w roli Sir Guya z Gisbourne (niegdyś rola Basila Rathbone'a). Zdolna Francesca Pim jako Lady Dolly ma może zbyt mało do roboty, a Micah Holmes wnosi energię jako kapitan tańca – jaka szkoda, że jego popisowy skok widzimy dopiero na samym końcu! Louie Westwood konsekwentnie buduje swoją przerysowaną postać Brata Tucka, Chris Draper jest nieoceniony w zespole, a James Hudson miło prezentuje się jako Alan-A-Dale. Najbardziej wyrazistą kreacją jest jednak Prince John w wykonaniu Lewisa McBeana – bezwstydna, ciekawa interpretacja Henryka V w wydaniu Oliviera. To naprawdę bardzo uzdolniona ekipa.

O, i Henry Brennan, który trzyma muzykę w ryzach tego festiwalu cytatów, traktując słabsze numery Barta z większą miłością niż na to zasługują, a w ostatniej chwili pojawia się jako Ryszard I. Na perkusji gra Nick Anderson, a na gitarze James Hudson.

Nikomu nie można zarzucić, że nie starał się z całych sił tchnąć życia w to przedsięwzięcie. Wieść niesie, że na przedpremierze publiczność była zachwycona tą dawką pieprzności i klisz. Być może znajdą się inni tacy widzowie i życzę im tego. Jednak w noc prasową rzadko widywałem teatr pustoszejący tak szybko i po cichu: jakby ludzie nie mogli się doczekać wyjścia. To trochę niesprawiedliwe wobec zespołu, który próbuje dokonać niemożliwego: z miłości do jednego z największych twórców musicali, przywrócić – być może po raz ostatni – jego zapomniane „dziecko”, dając mu nowy scenariusz, humor i ciepło. To może nie wystarczyć, by zmienić naszą ocenę samego dzieła, ale to heroiczna próba i wątpię, czy ktokolwiek w tych okolicznościach zrobiłby to lepiej.

Gramy do 5 maja 2018 r. Zdjęcia: Anton Belmonté

REZERWUJ BILETY NA TWANG! W UNION THEATRE

Zapisz się do naszego newslettera, aby otrzymywać wieści o innych świetnych produkcjach Off West End

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS