Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Twelve Angry Men, Garrick Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Dwunastu gniewnych ludzi Dwunastu gniewnych ludzi Garrick Theatre 12 listopada 2013

Reginald Rose doskonale wiedział, jak skonstruować utwór dramatyczny i pisać cięte, oszczędne dialogi, które brzmią autentycznie i z mocą. Jego teksty rozwijały postacie, bywały zabawne, dobitne (lub jedno i drugie jednocześnie) i bez wysiłku służyły całej sztuce. Jego najsłynniejszym dziełem jest, i słusznie, „Dwunastu gniewnych ludzi”, które obecnie doczekało się wznowienia w Garrick Theatre w reżyserii Christophera Haydona.

Sztuka skupia się na naradzie męskiego ławy przysięgłych w procesie o morderstwo – na początku 11 przysięgłych uważa oskarżonego za winnego, by na końcu wydać werdykt „niewinny”. Choć może się wydawać, że to opowieść o słuszności wymiaru sprawiedliwości, w rzeczywistości traktuje ona o zwykłych ludziach w niezwykłych sytuacjach i o roli, jaką każdy z nas odgrywa w zdrowym społeczeństwie. To poważne i wnikliwe studium tego, jak uprzedzenia mogą niszczyć ludzkie życie.

Pod wieloma względami to sztuka w starym dobrym stylu, co stanowi raczej jej atut niż wadę. Skrzydła rozwija wtedy, gdy aktorzy wykazują się inteligencją (i subtelnością), by bezbłędnie oddać charakter swoich postaci – z których każda jest inna, tworząc barwną panoramę społeczeństwa.

W dzisiejszych czasach trudno zrozumieć, dlaczego spektakl nie jest grany bez przerwy; napięcie z pewnością pozwoliłoby na taką formę, a czas trwania zamknąłby się w niespełna dwóch godzinach.

Sztuka nie wymaga niemal żadnej scenografii, jednak tutaj produkcja zyskuje dzięki sprytnym rozwiązaniom Michaela Pavelki (z obrotowym stołem przysięgłych, który obraca się niezauważalnie dla oka) oraz inteligentnemu oświetleniu Marka Howlanda.

By jednak całość wybrzmiała odpowiednio, potrzeba dwunastu znakomitych aktorów, z których żaden nie czuje potrzeby bycia gwiazdą wieczoru. Każda postać ma tu swoje pięć minut, a spektakl najlepiej sprawdza się jako swoista symfonia, narastająca do crescendo, by po chwili opaść, przegrupować się i znów uderzyć z nową siłą, gdy kolejne instrumenty – czyli przysięgli – wysuwają się na plan pierwszy.

Kluczowe fragmenty spoczywają jednak na barkach pięciu głównych przysięgłych (numery 3, 4, 8, 9 i 10).

Martin Shaw jest fantastyczny jako „ósemka” – przysięgły wierzący w „uzasadnioną wątpliwość”, który powoli zmienia nastawienie pozostałych. Robert Vaughn wypada poprawnie jako starszy pan (9), choć zbyt często czyta kwestie ze scenariusza ukrytego na stole i sprawia wrażenie, jakby powtarzał w myślach kolejne zdania. Kiedy jednak w pełni wchodzi w rolę, potrafi przykuć uwagę.

Jeff Fahey (3, zraniony ojciec z urazą do młodych) oraz Miles Richardson (10, rasistowski gbur) nie do końca radzą sobie z ciężarem swoich odrażających postaci, przez co kluczowe momenty dramatyczne tracą na sile. Może to być raczej kwestia wizji reżyserskiej niż braku warsztatu, bo obaj zdają się mieć spory potencjał. Niestety, autentyczne napięcie, jakie mogliby wywołać ci dwaj bohaterowie, tutaj nie wybrzmiewa.

Tego wieczoru Luke Shaw zastąpił kolegę jako „czwórka” i niestety nie przekonał mnie do siebie. Przysięgłemu numer 4 brakuje tu stalowego charakteru i pewności przekonań, które są dla niego kluczowe. Jest on równie uprzedzony co numer 10, tyle że przez pryzmat własnego poczucia wyższości. To filar dramatu, bez którego wiele się traci.

Martin Turner (11, imigrant) i Nick Moran (7, fan baseballu) są świetni w swoich kreacjach, choć obaj mogliby jeszcze dopracować akcent i rytm wypowiedzi.

Robert Blythe (6), Edward Franklin (5) i Jon Carver (zastępstwo za Przewodniczącego) radzą sobie bardzo dobrze; pozostali już nieco mniej przekonująco.

To udany wieczór w teatrze, dość wciągający, choć nie osiąga poziomu ekscytacji, jakiego można by oczekiwać. Wydaje się, że winę ponosi nie obsada, a raczej nazbyt spokojna reżyseria, która kładzie większy nacisk na ruch sceniczny niż na siłę płynącą z samego dialogu i zwrotów akcji.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS