Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Violet, Charing Cross Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje musical Jeanine Tesori i Briana Crawleya Violet, który można obecnie oglądać w Charing Cross Theatre.

Zespół Violet. Zdjęcie: Scott Rylander Violet Charing Cross Theatre, 21 stycznia 2019 4 gwiazdki Zarezerwuj teraz Najnowsza produkcja na macierzystej scenie dyrektora artystycznego, Thoma Southerlanda, daje wiele powodów do radości; najważniejsze z nich to znakomita partytura, świetna gra aktorska i wspaniały nowy układ widowni.  To kolejne osiągnięcie Southerlanda w transformacji tego miejsca, które dobrze rokuje na przyszłość niezwykłemu teatrowi Stevena Levy'ego i Seana Sweeneya: miniaturowej scenie z West Endu, liczącej nieco ponad 260 miejsc, oferującej intymność znaną z produkcji Off-West Endu czy Fringe'u w samym sercu miasta.  Przedsięwzięcie to — brytyjska profesjonalna premiera dwudziestoletniego spektaklu kompozytorki Jeanine Tesori i librecisty Briana Crawleya — to śmiały krok ze strony wewnętrznych producentów, Levy'ego i Vaughana Williamsa. Wyznacza ono również początek niezwykłej współpracy koprodukcyjnej z Umeda Arts Theatre Co, Ltd. z Osaki w Japonii. Matthew Harvey (Monty) i Kaisa Hammarlund (Violet) w Violet. Zdjęcie: Scott Rylander Główną nagrodą jest tutaj bez wątpienia zdumiewająco piękna i melodyjna ścieżka dźwiękowa autorstwa Tesori: to feeria cudownych melodii i porywających rytmów, wzbogacona o spektakularnie bogate orkiestracje Ricka Bassetta, Josepha Jouberta, Buryla Reda i Jasona Michaela Webba. Gra je 9-osobowy zespół złożony z instrumentów klawiszowych, gitar, smyczków i perkusji, a całością z mistrzowską werwą dyryguje Dan Jackson.  Aranżacje wokalne dla 12-osobowej obsady są jeszcze bardziej zachwycające i w pełni wykorzystują potencjał wokalny tej utalentowanej ekipy, pozwalając mu lśnić we wspaniałych numerach chóralnych (poczekajcie na finałowy refren: nie będziecie chcieli, żeby się skończył!). Kieron Cook (Ojciec), Rebecca Nardin (Młoda Violet) i Kaisa Hammarlund (Violet) w Violet. Zdjęcie: Scott Rylander Morgan Large ponownie zajął się projektem surowej, wyłożonej drewnem przestrzeni scenicznej, a jego pomysł z dodaniem obrotowej sceny do niesymetrycznego układu in-the-round jest genialny: pozwala to maksymalnie wykorzystać nieliczne rekwizyty i zapewnia niezbędne poczucie dynamiki w historii, która przecież opowiada o podróży.  Podróży autobusem linii Greyhound: ze Spruce Pine w Karolinie Północnej do Tulsy w Oklahomie. Śledzimy desperacką pielgrzymkę oszpeconej głównej bohaterki, która poprzez wiarę próbuje odnaleźć ukojenie i przemianę.  To specyficzna opowieść, adaptacja dzieła pisarki i badaczki Doris Betts.  Można ulec pokusie porównania jej do innych musicali o podróżach łotrzykowskich (choćby „Kandyda”) i refleksji nad tym, jak trudne są one do zainscenizowania — ich bohaterowie zawsze wydają się nam wymykać. Kenneth Avery Clark (Kaznodzieja) i zespół Violet. Zdjęcie: Scott Rylander W mniej sprawnych rękach ta sztuka mogłaby się nie udać, ale odtwórczyni głównej roli, Kaisa Hammarlund, idealnie radzi sobie z pułapkami tej postaci. Angażując całą swoją energię i ducha, robi wszystko, byśmy uwierzyli w tę smutną, samotną kobietę, zmagającą się z piętnem wypadku z dzieciństwa, żalem do ojca, który być może do tego dopuścił, oraz do pijanego chirurga, który nieudolnie próbował przywrócić jej dawny wygląd.  Tak, to kolejna historia o tym, jak kobiety padają ofiarą potężnych i ułomnych mężczyzn.  A wydźwięk sztuki wydaje się niemal kaznodziejski, pouczając nas, jak złe to zjawisko i jak podle powinniśmy się z tym czuć. Angelica Allen (Piosenkarka z Music Hallu) i zespół. Zdjęcie: Scott Rylander Taka misja jest może chwalebna, ale nie tworzy porywającego teatru.  Istotnie, spektakl ten był wielokrotnie krytykowany za słabo zarysowane postacie i pewną sztuczność w przedstawianiu relacji, które poddaje się tu niemal analitycznej obserwacji.  Problemy te są widoczne i tutaj, mimo że reżyser Shuntaro Fujita (z Osaki) robi wszystko, co możliwe, by nadać akcji tempo, odwracając naszą uwagę od niedociągnięć — nierzadko kosztem pominięcia dramatycznych akcentów i tracenia kontaktu z widzami w momentach, gdy należałoby go stymulować.  Cressida Carre podobnie podchodzi do choreografii (choć widzimy jej zbyt mało, a to, co jest, nie ma szansy w pełni wybrzmieć).  Obsada wkłada natomiast ogromny kunszt w swoje role. Matthew Harvey jako Monty jest sprawny fizycznie i czarujący, ale scenariusz rzuca mu kłody pod nogi, utrudniając stworzenie wiarygodnej postaci.  Jego rywalem w miłości jest stateczny, choć szczery Flick (Jay Marsh), postać jeszcze mniej prawdopodobna.  Jednak podobnie jak w przypadku reszty obsady — gdy wykonują zachwycającą muzykę Tesori, przestaje nam tak bardzo przeszkadzać dziwność fabuły.  Niestety, gdy muzyka cichnie — często gwałtownie, zderzając się z ciężkawym librettem — magia pryska. Janet Moody (Starsza Pani), Rebecca Nardin (Młoda Violet) i Kaisa Hammarlund (Violet) w Violet. Zdjęcie: Scott Rylander Pozostali członkowie obsady mają jeszcze trudniejsze zadanie, dysponując skromniejszym materiałem: Keiron Crook to rzetelny Ojciec; Kenneth Avery Clark dwoi się i troi, by wydobyć humor z oszczędnych kwestii Kaznodziei — gdyby tylko reżyser mu w tym pomógł — bo w tej smutnej historii jest niewiele powodów do uśmiechu. Znakomite Simbi Akande i Angelica Allen są rażąco niewykorzystane w swoich rolach Luli i Piosenkarki (a myślałem, że to spektakl o sile kobiet?).  Stały bywalec tutejszej sceny, James Gant, tworzy kolejny epizod jako urzędowy Leroy, Danny Michaels jest przekonująco intensywny jako Billy Dean, a Janet Mooney wnosi tyle wyrazistości, ile się da, w role Starszej Pani i Hotelowej Prostytutki.  (Tak, ten scenariusz zdecydowanie nie unika stereotypów!)  Jednak na szczególne wyróżnienie wśród ról drugoplanowych zasługuje Młoda Violet, którą podczas nocy prasowej zagrała energiczna Amy Mepham — w trakcie wieczoru wyraźnie zyskiwała na pewności, prezentując przekonujący głos.  Jej rola jest o wiele bardziej atrakcyjna niż inna dziecięca postać Crawleya, którą stworzył dla „Małej Księżniczki” Jonathana Lippy.  Niemniej jednak przez większość czasu mamy wrażenie, że poruszamy się po bardzo dobrze znanym terytorium południowego gotyku — od „Key Largo” przez „Zaklinacza deszczu” aż po, raz za razem, „Czarnoksiężnika z Oz”. A jednak, a jednak...  Gdy zaczynają śpiewać, przestajemy przejmować się niedoskonałościami tekstu.  Trzeba się jeszcze wiele nauczyć w kwestii nagłośnienia w tym nowym układzie sceny, a sound design Andrew Johnsona z pewnością dopracuje się w trakcie eksploatacji tytułu.  Z kolei mistrzowskie oświetlenie Howarda Hudsona jest bezbłędne, wspierając epicki rozmach podróży i wciągając nas w prywatny świat małych ludzi z wielkimi pasjami.  Serce podpowiada mi, by ocenić ich wspólny wysiłek na cztery gwiazdki, ale wiem, że reżyserskie zabiegi dystansują mnie od losów bohaterów i zmuszają do wystawienia tylko trzech.  To trochę niesprawiedliwe, biorąc pod uwagę ogrom pracy włożony w ten spektakl.  Wiecie co? Zignoruję ten przemyślany „efekt obcości” i zaufam temu, jak partytura wciąż brzmi w mojej duszy...

KUP BILETY NA VIOLET

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS