WIADOMOŚCI
RECENZJA: Volpone, Brockley Jack ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
timhochstrasser
Udostępnij
Volpone
Brockley Jack Theatre
01.10.2015
3 Gwiazdki
„Większym dobrem fortuny jest bogactwo, niźli mądrość udziałem natury” – Volpone
Kilka lat temu brałem udział w kursie mistrzowskim muzyki klasycznej, poświęconym nie nutom, lecz pauzom. Skupiał się on całkowicie na tym, gdzie śpiewacy powinni, a gdzie nie powinni brać oddechu w kunsztownych barokowych ariach, aż kipiących od karkołomnych koloratur. W pewnym momencie, gdy natrafiliśmy na fragment, w którym Bach lub Haendel nie przewidzieli oczywistych przerw na oddech, wypróbowano różne opcje, a publiczność nad nimi głosowała. Dla wszystkich stało się jasne, gdy tylko to usłyszeliśmy, gdzie leżał naturalny podział i frazowanie. Istniała jedna właściwa odpowiedź, ale trzeba było ją odnaleźć samemu; nie była dana z góry.
Przypomniałem sobie to zdarzenie podczas wieczoru prasowego tej solidnej, choć niepozbawionej wad inscenizacji Volpone w Brockley Jack. Sztuka Jonsona z 1605 roku pełna jest misternych solilokwiów i przemówień, które skrzą się popisowym łacińskim słownictwem i wymyślnymi paradoksami. Samo zmierzenie się z nimi wymaga nie lada umiejętności, a zrobienie tego z należytą lekkością i polotem wymaga przede wszystkim precyzyjnego wyczucia oddechu, tempa i retorycznej siły przebicia. Nic innego nie zda egzaminu. Gdy już jednak przebijemy się przez lśniącą, zdradliwą powierzchnię białego wiersza, dalej płynie się znacznie łatwiej. Opowieść Jonsona traktuje o Volpone – bogatym weneckim hipochondryku – oraz jego umizgliwym pasożycie, Mosce (Musze). Obaj mamią łowców fortun wizją odziedziczenia majątku przebiegłego „Lisa”. To klasyczna bajka moralna w stylu Ezopa, w której zamiast zniuansowanych postaci mamy do czynienia z zestawami cech – kruk Corbaccio, sęp Voltore, wrona Corvino – odgrywanymi w dość przewidywalnym układzie. Styl gry musi być zatem komediowy, świadomy, szybki i wściekły; upajający się ucztą retorycznych możliwości przy jednoczesnym zachowaniu ironicznego dystansu – współczesnym paralelnym przykładem mogłaby być tu Czarna Żmija.
Nie jest to jednak zwykła parabola o chciwości i jej pułapkach. Głębszym celem Jonsona jest pytanie, czy posiadanie bogactw jest na dłuższą metę większą zaletą niż naturalna mądrość – to pytanie znacznie bardziej niepokojące, zwłaszcza w połączeniu z twierdzeniem Moski, że wszyscy jesteśmy w pewnym sensie pasożytami w naszych relacjach społecznych, bez względu na to, jak bardzo próbujemy oszukiwać samych siebie.
Sztuka została wystawiona po raz pierwszy w Globe i cieszyła się niesłabnącą popularnością, dopóki Wiktorianie nie stracili poczucia ironii. W ostatnich latach powróciła w wielkim stylu, nie bez zasługi produkcji National Theatre z 1974 roku z wymarzoną obsadą (Paul Scofield i Ben Kingsley w rolach głównych) oraz luksusowym obsadzeniem drugoplanowych ról przez Johna Gielguda i Iana Charlesona.
Volpone musi dominować i nadawać ton intrygom w pierwszej połowie, podczas gdy w drugiej pałeczkę przejmuje Mosca. Obaj muszą być wybitnymi solistami o wielkim kunszcie, ale też znakomicie współpracującym zespołem. Jeśli jeden z nich niedomaga, całość nie może się udać. W przypadku niedawnej produkcji RSC recenzowanej przez Stephena Collinsa, zawiódł Mosca; tutaj, niestety, problemem jest Volpone. Podczas wieczoru prasowego Steve Hope-Wynne nie panował w pełni nad tekstem, zarówno pod względem treści, jak i formy, a w tym repertuarze po prostu nie ma gdzie się ukryć. Miejmy nadzieję, że te problemy zostaną wyeliminowane w trakcie grania spektaklu – wiele zależy tu, jak wspomniałem na początku, od kwestii oddechu i struktury, zupełnie jak przy przygotowywaniu repertuaru operowego.
Dla kontrastu, Mosca w tej produkcji był wybitny. W monologach i błyskawicznych wymianach zdań, którymi musi zarządzać, Pip Brignall w pełni oddał sprawiedliwość genialnemu materiałowi, jaki dał mu Jonson. To cudownie śliska kreacja, z ładnie zróżnicowanymi formami pochlebstw dla każdego z naiwniaków oraz „oleistym”, wijącym się sposobem poruszania, idealnie trafionym w postać. Druga połowa akcji zyskała dzięki temu elegancki rytm, który był autentycznie imponujący i wciągający.
Chciwi zalotnicy to typowe postaci charakterystyczne; na próżno szukać tu konwencjonalnie „dobrych” bohaterów – nawet Bonario i Celia, niewinne ofiary spisku, są przez Jonsona zaledwie naszkicowani i nie przykuwają naszej emocjonalnej uwagi. Widzieliśmy tu jednak dobrą pracę wielu aktorów w tych przerysowanych rolach, z których wyróżniał się Rupert Bates jako adwokat Voltore, ze swoim zgrabnym, prawniczym stylem manipulacji.
Jonson poświęca więcej uwagi wątkowi pobocznemu z udziałem gamoniowatego angielskiego podróżnika, Sir Politicka Would-Be. Edward Fisher gra go jako rozkosznego typa w stylu pana Pootera, beztrosko oderwanego od rzeczywistości, będącego mieszanką zwątpienia w siebie i pozerstwa. Jego żona, Lady Would-Be, to równie udana komediowa kreacja – pełna niedorzecznego, pretensjonalnego trajkotania i przedstawiona przez Avę Amande jako postać w stylu Vivienne Westwood, nieświadoma konsternacji, jaką budzi w otoczeniu. Widziałem inscenizacje, w których ten wątek obciążał sztukę w drugiej połowie, ale tutaj ich interwencje i przerywniki były uroczymi portretami trudów „Anglików za granicą”.
Reżyser Cecilia Dorland, reprezentująca zespół Scena Mundi, nadała sztuce klimat lat 20. poprzez kostiumy, scenografię i muzykę. Nie odniosłem wrażenia, by to osadzenie w czasie wniosło szczególne nowe spostrzeżenia, ale z pewnością stanowi solidną bazę dla kilku hulaszczych, beztroskich numerów muzycznych, w tym pożegnalnej congi, która zgrabnie spięła wieczór klamrą. Scenografia była minimalistyczna, co przy ograniczeniach przestrzeni było nieuniknione. W tekście dokonano pewnych skrótów, ale w żaden sposób nie naruszyły one integralności całości. Na końcu Jonson dba, by każdy otrzymał to, na co zasłużył: „Zło pasie się jak zwierzę, aż utyje, a potem krew swą toczy”. Wyraźnie jednak zaznacza, że często dalekie jest to od sprawiedliwości, co ładnie symbolizuje przewodnicząca sędzia (Anna Buckland), demonstracyjnie popijająca Veuve Clicquot w trakcie rozprawy.
Ten wieczór miał wiele przyjemnych i pomysłowych aspektów, ale podobnie jak w przypadku komedii restauracyjnej, istnieją pewne wymogi stylistyczne i formalne, które nie podlegają negocjacji. Wszyscy zaangażowani w tę produkcję grali z poświęceniem, dobrym wyczuciem tempa i siłą głosu w tej kameralnej przestrzeni, jednak sukces całości pozostaje fundamentalnie uzależniony od opanowania opornego tekstu, który – niczym złoto Volpone – mami, by oszukać, jeśli aktor nie zachowa najwyższej ostrożności.
Volpone jest grany w Brockley Jack Studio Theatre do 17 października 2015 r.
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności