Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Whistle Down The Wind, Union Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Whistle Down The Wind

Union Theatre

1 lutego 2015

3 gwiazdki

Niewiele jest historii, które doczekały się więcej niż jednej wersji musicalowej. Piotruś Pan, The Wild Party czy Upiór w Operze to przykłady, które od razu przychodzą na myśl, choć z pewnością jest ich więcej. Prawdopodobnie unikalną sytuacją jest jednak to, by różne dzieła tego samego kompozytora stawały się materiałem dla odmiennych zespołów twórczych. A jednak tak właśnie jest. Najpierw Upiór w Operze doczekał się kilku nowych odsłon po wersji Lloyda Webbera, z których najbardziej znana jest ta autorstwa Maury’ego Yestona i Arthura Kopita. Obecnie w Union Theatre możemy oglądać londyńską profesjonalną premierę musicalu Whistle Down The Wind w wersji Russella Labeya i Richarda Taylora. Bazuje on na książce Mary Hayley Bell i jej udanej ekranizacji kinowej – tej samej, która stanowiła podstawę dla umiarkowanie popularnego musicalu Lloyda Webbera (który sam doczekał się kilku wersji). Spektakl w reżyserii wnikliwej Sashy Regan, pod sprawnym kierownictwem muzycznym utalentowanego Davida Griffithsa, nie jest widowiskiem krzykliwym, lecz szczerym i pełnym subtelności.

Fabuła jest dobrze znana. Trójka rodzeństwa znajduje w swojej stodole nieznajomego. Jest ranny, a dzieci wierzą, że to Jezus Chrystus, który powrócił na ziemię. Ukrywają obecność przybysza przed dorosłymi, mimo świadomości, że ci drudzy są pełni niepokoju – w okolicy grasuje bowiem uciekinier poszukiwany za morderstwo. Dzieci nie widzą żadnego związku między człowiekiem, na którego polują dorośli, a ich Jezusem. Nieuchronnie tajemnica rozchodzi się wśród rówieśników, a kolejne dzieci przychodzą, by poczuć obecność nieznajomego. Wszystkie wierzą, że to Chrystus.

W końcu lokalny łobuz odkrywa sekret i zdradza kryjówkę dorosłym, którzy ruszają, by go ująć i postawić przed sądem. Dzieci stają jednak na drodze, odcinając dostęp do nieznajomego. Stodoła, w której się schronił, staje w płomieniach. Gdy zgliszcza zostają przeszukane, po mężczyźnie nie ma śladu, zostaje jednak prezent dla dzieci. A być może i dla dorosłych.

Największa siła tego utworu tkwi w niejednoznaczności: nigdy nie staje się jasne, czy nieznajomy to faktycznie poszukiwany morderca. A jeśli nie, to kim jest i dlaczego był ranny? Czy rzeczywiście mógł być to Chrystus powracający na Ziemię? Biorąc pod uwagę, jak bardzo ożywia on wiarę dzieci, czy jego tożsamość ma w ogóle znaczenie?

To prosta opowieść o wierze, nadziei i miłości. Na szczęście Labey i Taylor doskonale to rozumieją, dlatego libretto i muzyka nie są ani krzykliwe, ani niestosowne. Zamiast tego wspólnie oddają prostotę życia w Lancashire lat 50. – czasów, gdy możliwość cudu była wciąż czymś namacalnym.

Historia opowiedziana jest zwięźle i z autentycznym wyczuciem. Sceny płyną gładko, bez zbędnych zgrzytów, a dobór słów i sytuacje pomagają stworzyć klimat epoki oraz wrodzony, wieloznaczny dramat. Uczciwość twórców w podejściu do tej tematyki jest niezwykle odświeżająca w przypadku tak prostej, cudownej baśni.

Partytura jest równie szczera, z kilkoma trudnymi harmoniami i ładnymi, prostymi melodiami, które mają w sobie nostalgiczny blask, nie będąc przy tym wtórnymi czy nudnymi. Muzyka stale wzmacnia nastrój; utwory nie zawsze popychają akcję do przodu czy pogłębiają psychologię postaci – czasem są po prostu piosenkami, które podkreślają kolorystykę tego, co się wydarzyło. To podejście, być może wbrew intuicji, sprawia, że muzyka staje się integralną i pożądaną częścią narracji.

Kolejnym sprytnym zabiegiem jest oddanie w muzyce świata dzieciństwa. Tam, gdzie śpiewają dzieci, muzyka brzmi tak, jak mogłyby śpiewać dzieci. Gdy do głosu dochodzą dorośli, wymagania muzyczne stają się większe, a partytura bardziej złożona. W kulminacyjnej scenie, gdy wierzące dzieci sprzeciwiają się dorosłym i nie dopuszczają ich do stodoły, hymn, który śpiewają – „Follow! Follow! Follow Him!” – brzmi potężnie i poruszająco.

Pewna i stabilna reżyseria Regan ożywia ten utwór z wielkim wdziękiem i ciepłem. Od momentu, gdy rodzeństwo ratuje trzy nowo narodzone kocięta przed utopieniem, aż po badanie pogorzeliska, historia rozwija się z perspektywy młodych bohaterów. Regan sprawia, że widz czuje się jak jedno z dzieci z wioski: obserwuje, angażuje się i daje się porwać. Reżyserka wciąga widza do środka opowieści, czyniąc go powiernikiem wydarzeń, co daje świetny efekt.

Obsada w pełni realizuje wizję Regan i przekonująco ją oddaje. Słusznie postanowiono, by w rolach dzieci nie obsadzać autentycznych maluchów, lecz młodych dorosłych. Sprawdza się to na każdym poziomie: kreacje są autentyczne, nie przerysowane; poczucie wspólnoty jest tak silne, że ich bunt staje się wiarygodny. W każdym wykonawcy widać zarówno dziecko, jak i dorosłego, którym się stanie – dorosłego, na którego te wydarzenia wpłyną na zawsze.

Jako główne rodzeństwo – Cathy, Nan i Charles – Grace Osborn, Imelda Warren-Green i Alex James Ellison są cudownie naturalni, pełni uroku i dziecięcej przekory. Ellison szczególnie dobrze uchwycił istotę młodszego brata, a więź siostrzana między Osborn i Warren-Green była zachwycająca. Wraz z Chrisem Colemanem w roli solidnego i kochającego taty oraz Kathryn Hamilton-Hall jako konkretną ciocią, centralna rodzina jest w pełni wiarygodna, ciepła i zabawna. Wszyscy śpiewają dobrze, ale Osborn i Ellison wyróżniają się szczególnie.

Callum McArdle gra nieznajomego, brodatego, rannego mężczyznę znanego tylko jako The Man. Ma on fantastyczny głos i charyzmę, z łatwością radząc sobie z aktorskimi wyzwaniami tej roli. Jest jednocześnie rannym monstrum i zagubionym cudotwórcą; ta dwoistość jest umiejętnie ukazana, najmocniej w utworze „I Don’t Know What They’re Waiting To Hear” oraz w duecie z Osborn, „Please, Jesus”.

Joshua Lewindon świetnie sprawdza się jako lokalny łobuz, ale pokazuje wszechstronność, grając także innego chłopca, który wykazuje się dobrocią, oddając nieznajomemu swój sweter. Harry Wright jest znakomity jako muzykalny okularnik z wioski, a Romero Clark prezentuje imponujący głos i autorytarną postawę jako Policjant.

Reszta obsady spisuje się dobrze (choć w effete’owskim pastorze Bryana Hodgsona mogłoby być nieco mniej panny Prism), a gdy wszyscy śpiewają razem, efekt jest doprawdy potężny, zarówno muzycznie, jak i dramatycznie.

Scenografia i kostiumy Nika Corralla świetnie sprawdzają się w kameralnej przestrzeni Union Theatre i adekwatnie oddają czas oraz miejsce akcji. Finałowe ujawnienie daru i pożar stodoły są wykonane wyjątkowo dobrze, w czym duża zasługa nastrojowego oświetlenia Tima Deilinga.

Dobrze jest widzieć, jak Regan promuje brytyjskie musicale w Union, i odświeżające jest obcowanie z nowym dziełem, które wytycza nowe ścieżki. Zespół Boyzone może nigdy nie nagra piosenki z tej partytury, ale to nie znaczy, że ta wersja ustępuje tej od Lloyda Webbera. Wcale tak nie jest. Jest po prostu inna – ma serce po właściwej stronie, a muzyka zasługuje na uwagę.

Zdecydowanie warto znaleźć czas, by to zobaczyć.

Whistle Down The Wind w Union Theatre do 21 lutego 2015 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS