Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Wonderful Town, Ye Olde Rose and Crowne Pub Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Wonderful Town

Ye Olde Rose And Crowne Pub Theatre

14 października 2016

Zastanawiam się, ilu z nas przypuszczało, gdy osiem lat temu Tim McArthur i Aaron Clingham otwierali ten teatr nad pubem, że tak szybko stanie się on obowiązkowym punktem na mapie Londynu dla każdego, kto chce odkryć wielkie talenty i obejrzeć świetne spektakle, rzadko goszczące w głównym nurcie. Cóż, udało im się to po raz kolejny dzięki porywająco świeżej i fascynującej inscenizacji musicalu z 1953 roku – następcy słynnego „On The Town” – na którą wczorajszy wieczór przyciągnął komplet widzów.

McArthur, reżyserujący tu wspólnie z niezwykle zdolną debiutantką w roli asystentki (choć doskonale znaną tutejszym widzom aktorką), Jamie Birkett, otwiera przestrzeń gry na kwadratowy pokój z widownią z trzech stron. Przepisy licencyjne oznaczają, że w tym spektaklu można mieć albo pełną orkiestrę, albo samo pianino – w tym kameralnym miejscu nie ma miejsca dla całego składu, więc Clingham akompaniuje nam na skromnym pianinie ustawionym z boku. To determinuje kolejne decyzje inscenizacyjne: z konsekwencją i spójnością, z której ten teatr słynie, scenografia podąża tropem minimalizmu. Otrzymujemy niemal pustą przestrzeń, urozmaiconą jedynie podestami o kształtach przypominających geometryczne sylwetki Nowego Jorku. Tylna ściana została wyklejona kolażem z wycinków gazet – w końcu cała opowieść dotyczy ludzi z prasy, chcących pisać lub być opisywanymi – a motyw druku gazetowego pojawia się nawet na rekwizytach i pojedynczej ramie okiennej.

Obsada otrzymała za to pięknie skomponowane kostiumy w odcieniach czarno-białej fotografii lub sepii, przełamane gdzieniegdzie błyskiem czerwieni nagłówka prasowego. To stylowa wizja Bena Hathaway’a, a całość z dyskrecją oświetla Sky Bembury. Choć sceneria zmienia się wielokrotnie, światło – czy to naśladujące naturalne, czy budujące nastrój – zawsze wydaje się idealnie dopasowane do miejsca, z wyjątkiem ostatniego romantycznego finału, który zapiera dech w piersiach. Sam styl gry jest jednak znacznie bardziej złożony.

Sposób prowadzenia aktorów wynika z wielu twórczych wpływów, które składają się na strukturę tego dzieła. Pierwotne, autobiograficzne opowiadania Ruth McKenney ukazywały się w „The New Yorkerze” pod koniec lat 30. W 1940 roku Joseph Fields i Jerome Chodorov zaadaptowali je na sztukę pt. „My Sister Eileen”. Ten sam duet przygotował później libretto do musicalu, a sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej, gdy dołączyli do nich kompozytor Leonard Bernstein oraz autorzy tekstów piosenek – Betty Comden i Adolph Green. Dzisiaj jednak większość osób, o ile w ogóle kojarzy ten tytuł, pamięta film z 1955 roku, oparty na oryginalnej sztuce, która zresztą była ekranizowana już dekadę wcześniej.

To bardzo nowojorska historia. Nieustanny wir wpływów i przecinających się ścieżek, z aktorami stłoczonymi na najmniejszej możliwej przestrzeni – głównie w ciasnym mieszkanku w suterenie, którym co rusz wstrząsają drgania przejeżdżającej nadziemnej kolejki EL, i gdzie bohaterowie wchodzą ze sobą w zaskakujące interakcje. I to właśnie o tym, bardziej niż o wątłej fabule, jest ten spektakl, a obecna produkcja oddaje to znakomicie.

Lizzie Wofford wciela się w Ruth, główny głos narracyjny – inteligentną, utalentowaną i ambitną kobietę, która w 1935 roku przybywa do kulturalnej i społecznej stolicy Ameryki wraz z siostrą Eileen, graną przez uroczą Francescę Benton-Stace. Gdy mija pierwszy zachwyt, dziewczyny zderzają się z serią wyzwań, często podszytych staroświeckim seksizmem. Na ich drodze stają: wielbiciele Baker (Aneurin Pasco), Frank (Hugo Joss Catton) i Chick Clark (Ashley Holman), szalony włoski restaurator (Joe Goldie), gładki Valentin (Jon R Harrison), lokalna prostytutka Violet (Leah Pinney), po której odziedziczyły mieszkanie wraz z wizytami jej dawnych klientów, oraz ich niedoszły artysta i gospodarz w Greenwich Village, Appopolous (Nik Chiappetta). Niewiele wsparcia dają też koleżanka Helen (Francesca Pim) i jej przerażająca matka, pani Wade (Laurel Dougall), a całość uzupełniają występy Kitty Whitelaw jako kuriera (z fantastycznymi wysokimi kopnięciami w stylu Charlotte Greenwood) oraz Lucie Horsfall i Anna Middlemass w zespole.

W połowie pierwszego aktu nastroje siadają: składkowa kolacja okazuje się katastrofą, a dziewczyny tracą ducha. Wtedy jednak orientujemy się, że dzieje się coś dziwnego – pojawia się factor, którego wpływu niemal nie zauważyliśmy (a który krytycy często pomijają). Helen ma chłopaka, skąpo odzianego futbolistę Wrecka (Simon Burr), który jest tak nieświadomy swojej męskości i naturalnie ją akceptuje, jak inni faceci są spięci niepokojami i napięciami. Jego numer „Pass the Football” to w rzeczywistości rzadko doceniany punkt zwrotny widowiska, od którego los zaczyna sprzyjać dziewczynom. To właśnie duch „przebijania się” przez trudności daje im siłę, by przetrwać w wielkim mieście. Funkcja Wrecka jest tu sprytnie symboliczna: Ruth i Eileen dokonują własnych odkryć, ale nadchodzące zmiany sygnalizuje ten „proto-nowoczesny mężczyzna”, który bez skrępowania kręci się po mieszkaniu samotnych kobiet w samej koszulce i szortach, zadowolony z prasowania plis na ich sukienkach. Kolejny taki moment w drugim akcie to wspaniała scena z irlandzkimi taksówkarzami, wśród których Lonigan w wykonaniu Jacka Keane'a ukazuje się jako wyjątkowo sympatyczna postać.

Wspomnieliśmy już, jak lekka i pozornie błaha jest fabuła – to tylko pretekst do przechodzenia od jednego ciekawego pomysłu do drugiego, i to właśnie te idee wynoszą tę rozrywkę na wyższy poziom. Przykładowo, w połowie pierwszego aktu piosenki milkną na dłuższy czas, a my dostajemy szansę, by naprawdę poznać bohaterów. Dostrzegamy, jak bardzo są do nas podobni, mimo różnicy czasu i miejsca; odkrywamy, jak wiele nas łączy z ich psychiką, motywacjami i nadziejami. Siostry z Ohio stopniowo radzą sobie coraz lepiej, przyjmując wszystko z inteligencją i humorem. Kiedy Ruth w końcu coś się udaje, puszczają jej emocje. Baker, który wyświadczył jej przysługę i w naszych oczach dojrzał, pyta: „Czy coś się stało?”. Ruth odpowiada: „Nie. Po prostu mam alergię... na dobre wiadomości”.

Ta sama lekkość przenika dowcipny, pełen energii scenariusz, sprawiając, że kibicujemy gościom ze środkowego zachodu do samego końca. Tekst jest niezwykle wysublimowany i inteligentny, co stanowi wyzwanie pod względem dykcji, timingu i gestu. Teatr Ye Olde Rose and Crowne postawił sobie jednak za zadanie bycie miejscem, gdzie młode talenty mogą szlifować warsztat na wymagającym repertuarze. Fizycznym wyrazem tej żywotności jest genialna choreografia debiutującego w Londynie Iana Pyle’a. Pyle sprawia, że każdy numer ma swój unikalny charakter i styl. W jego rękach wielkie sceny zbiorowe, jak „Swing” czy ekspresyjne „The Wrong-Note Rag” w drugiej połowie, tętnią energią, która zostaje w pamięci jeszcze długo po wyjściu z teatru.

Wszystko to jest na wyciągnięcie ręki – wystarczy krótka podróż metrem do Walthamstow i bilet w przystępnej cenie. Trzeba przyznać, że w tych niekiedy ponurych czasach warto sobie przypomnieć, że Londyn – podobnie jak Nowy Jork w tej opowieści o przyjezdnych w wielkiej metropolii – to „wonderful town”.

Grajcie do 22 października

REZERWUJ BILETY NA WONDERFUL TOWN

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS