WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Testament Of Mary ✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Udostępnij
The Testament of Mary
Barbican Theatre
20 maja 2014
1 gwiazdka
Jedna z największych tajemnic, jeden z palących imperatywów naszych czasów, jeden z najbardziej prowokujących do myślenia i dyskutowanych kontrowersyjnych tematów współczesnego życia zostaje rozwiązany, odkryty i naświetlony przez inscenizację „Testamentu Marii” Deborah Warner, wystawianą obecnie w Barbican Theatre.
Fiona Shaw goli wszystkie włosy łonowe.
A przynajmniej robi to na potrzeby tej produkcji – „monodramu” będącego owocem współpracy Shaw i Warner, opartego na tekście Colma Toíbína.
Wspominam o tym, ponieważ to zaskakujące odkrycie jest w rzeczywistości jedynym, jakie ta inscenizacja ma do zaoferowania.
Toíbín napisał ten utwór najpierw jako monolog, potem jako nowelę (nominowaną do Nagrody Bookera), a następnie Warner i Shaw przeniosły wspólnie tę produkcję na Broadway, skąd trafiła do londyńskiego Barbicanu.
Toíbín pisze ze sprawnością i wyczuciem; niektóre fragmenty są tutaj cudownie sugestywne, niemal magiczne w swoim pięknie i skali.
Prostym pomysłem jest opowiedzenie wielu kluczowych momentów z życia Chrystusa z punktu widzenia jego matki – kobiety, która jak wiele innych poświęciła życie i szczęście dla swojego dziecka. Nie jest to oczywiście wersja uproszczona; Toíbín przeplata narrację nieoczekiwanymi zdarzeniami, myślami i uczuciami, komentując w ten sposób wiarę, feminizm i współczesne niepokoje, mierząc się jednocześnie z postacią Łazarza, ukrzyżowaniem, zmartwychwstaniem i innymi filarami chrześcijaństwa.
Byłoby to bez wątpienia potężne słuchowisko radiowe. W rzeczywistości inscenizacja Warner stanowi najlepszy dowód na to, że słowa Toíbína powinny być czytane lub po prostu słuchane; wyobraźnia czytelnika lub słuchacza potrafi przywołać znacznie trafniejsze i bardziej adekwatne obrazy niż to, co Warner serwuje nam tutaj.
Spektakl zaczyna się od zaproszenia widzów na scenę, gdzie mogą przechadzać się wśród rozmaitych rekwizytów i mebli. Następnie na scenę wchodzi pani Shaw z wielkim sępem na ręku i krąży między widzami. Wydaje się to sugerować koncepcję „wyjadania resztek z kości”, co potwierdza zniknięcie wspomnianego sępa w momencie rozpoczęcia tekstu oraz pierwszy obraz po zapaleniu świateł: pani Shaw wyciągająca dwie suche kości spod ubrania.
Tak, to naprawdę jest tak toporne i niezdarne, jak brzmi.
W programie Warner pisze:
„Pytana o to, jak to jest być samą na scenie, Fiona odpowiada, że w Testamencie wcale nie jest sama. Poza jej pierzastym przyjacielem przed spektaklem – sępem – wspiera ją niezwykły krajobraz i sfery dźwiękowe, które wnoszą warstwy obecności i życia do onirycznej przestrzeni, w której gra. Ale myślę, że obie przyznałybyśmy, że istnieje jeszcze jedna dynamika w tym poczuciu wspólnoty.”
Gdyby kogoś to interesowało, okazuje się, że tą zaskakującą „dalszą dynamiką” jest – publiczność. Kto by pomyślał, że w przedstawieniu teatralnym na żywo reakcja widowni może odgrywać znaczącą rolę?
Tak.
Właśnie.
Pomyślał o tym każdy, kto kiedykolwiek grał w sztuce lub ją reżyserował.
Wróćmy jednak do „niezwykłego krajobrazu i onirycznej przestrzeni” Warner. To po prostu sterta rekwizytów i sprzętów, pieczołowicie ułożonych przez Toma Pye’a, z których żaden nie pomaga w interpretacji tekstu, za to wszystkie przeszkadzają w grze aktorskiej Shaw.
Warner próbuje zaimponować publiczności trikami – zmianami kostiumów, drzewem, które udaje krzyż (i jest rzeczywiście całkiem urokliwe, zawieszone nad ziemią, kusząco poza zasięgiem oczekiwań), ruchomymi ekranami, w których odbija się światło lub które zmieniają kolory, krzesłami, basenem z wodą, w którym nagle naga Shaw zanurza się niczym w chrzcielnicy, klatką dla nieobecnego sępa, drabiną, stołem i innymi rupieciami.
To wszystko jedynie rozprasza, jakby surowa moc tekstu nie wystarczała do przyciągnięcia uwagi widowni, jakby Shaw nie była w stanie utrzymać skupienia pełnej sali przez 80 minut. To zagracone, bezcelowe potęgowanie sowa przez Warner jedynie mu ujmuje, ogranicza je i umniejsza.
Shaw bywa magiczna. Fragmenty o ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu pokazują ją w najlepszym wydaniu. Ale bez tych wszystkich bzdur Warner poradziłaby sobie lepiej; co do tego nie mam wątpliwości.
W pewnym sensie jej najbardziej imponujący występ ma miejsce, gdy tekst dobiega końca, światła gasną, a potem zapalają się ponownie do oklasków. W tej właśnie chwili Shaw emanuje poczuciem całkowitego wyczerpania; sprawia, że wierzysz (no, prawie), iż nikt nigdy nie pracował na scenie ciężej niż ona. Ale jej oczy mówią co innego – są żywe, szukające, żądne uznania. Fascynujące. Taka celowa manipulacja.
To bezwzględna i jałowa próba sfabrykowania wielkości. Porażka na każdym możliwym i mierzalnym poziomie. Nawet ci, którzy na koniec zerwali się do owacji na stojąco, podczas spektaklu błądzili w oparach zakłopotania i niepewności. Beznamiętny brak zrozumienia zamienił się w przymusowy zachwyt – w końcu „The Guardian” dał temu pięć gwiazdek. A Shaw to przecież wielka aktorka.
To prawda: Fiona Shaw potrafi tworzyć rzeczy cudowne. Ale nie tym razem.
Tym razem Deborah Warner po raz kolejny minęła się z celem i niemal doszczętnie zniszczyła wszystko, co wartościowe w doświadczeniu teatralnym.
Rewelacyjny lek na bezsenność.
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności