Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Jak wam się podoba (As You Like It), Shakespeare's Globe ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Udostępnij

Jak wam się podoba

Shakespeare's Globe

25 maja 2015

3 gwiazdki

The Globe to jedyna w swoim rodzaju przestrzeń teatralna. Obecność „groundlings” – tych rozradowanych widzów, którzy stoją w samym centrum wydarzeń, tuż obok aktorów – zmienia wszystko. Sa tu po to, by dobrze się bawić, nawet gdy grana jest najmroczniejsza tragedia. Otwarta przestrzeń, świeże powietrze i szczere oczekiwania „stojącej” publiczności tworzą unikalną atmosferę. Nawet w Open Air Theatre w Regent's Park to nie to samo: tam publiczność siedzi i patrzy; w Globe widzowie muszą czasem zostać odsunięci na bok, zdarza im się zostać oplutym czy ochlapanym wodą lub krwią – ich fizyczność jest częścią spektaklu. Nie można ich, i nie wolno, ignorować.

Choć czyni to przestrzeń żywą i ciekawą, a reżyserowi daje pole do popisu dla pomysłowej inscenizacji, niemal zawsze oznacza to trzy rzeczy: (a) dużo krzyku; (b) brak liryzmu w podawaniu tekstu; oraz (c) sprośne żarty, gagi i gierki pod publikę. Na dobre czy na złe, z nielicznymi wyjątkami, właśnie to otrzymuje się wraz z biletem do Globe.

Wznowienie „Jak wam się podoba” w reżyserii Blanche McIntyre nie jest tu wyjątkiem. Reżyserka wykorzystuje każdy znany trik, by sztuka Szekspira była klarowna (i taka jest), pikantna (bardzo), angażująca (prawie zawsze) i zabawna (często). Mamy tu muzykę, taniec, przebieranki, truchło jelenia, jurne przepychanki, stepującego błazna i bóstwo małżeństwa w dragu. Jest tu mnóstwo elementów, które zachwycą publiczność pod sceną, wywołując salwy śmiechu i westchnienia.

Ludzie o powierzchownym podejściu często twierdzą, że „poważni” aktorzy nie grają w musicalach. Moją zwyczajową odpowiedzią jest: „powiedzcie to Judi Dench lub Jonathanowi Pryce’owi”, ale nie ulega wątpliwości, że snobizm ma się dobrze, zwłaszcza u tych najgroźniejszych z bożych stworzeń: dyrektorów castingu. Zawsze fascynuje mnie, że tacy ludzie bez mrugnięcia okiem obsadzą „prawdziwego” aktora w musicalu, ale ani myślą o tym, że gwiazda teatru muzycznego mogłaby być idealna do roli w dramacie. Ci, którzy tak myślą, powinni pędzić do Globe, by zobaczyć Daniela Crossleya w roli Probierczyka – błazna tak dowcipnego, urokliwego i zaskakującego, jak tylko można sobie wymarzyć.

Probierczyk jest często uważany za postać śmiertelnie nudną i tak też bywa grany. Ale nie tutaj. McIntyre i Crossley wspólnie odświeżają to podejście, wplatając w rolę popisowe stepowanie (nie tylko w wykonaniu nóg Crossleya, ale i metaforyczne, w zalotach do leśnych panien) i kreują postać ironiczną, błyskotliwą i czarującą. Gwiazda musicalu triumfuje tam, gdzie poległo wielu „poważnych” aktorów przed nim.

Rosalinda to rola, która zainicjowała tysiące karier, tak odmiennych aktorów jak Vanessa Redgrave czy Adrian Lester. Michelle Terry przejmuje tę rolę i daje pewny siebie, nastawiony na komizm występ, który budzi uznanie. Jej postać zbudowana jest na pożądaniu do Orlanda – gdy tylko ten zdejmuje koszulę, by obnażyć rzeźbiony tors, jej pełne zachwytu „Łał!” przesądza sprawę. Od tego momentu wszystko opiera się na tym, jak zmanipuluje rzeczywistość, by dopiąć swego z Orlandem.

Ogólnie rzecz biorąc, do „Jak wam się podoba” można podejść na dwa sposoby: albo jest to historia o Orlandzie i jego przemianie, albo o Rosalindzie knującej, jak rozkochać w sobie Orlanda. Najsprawniejsi reżyserzy łączą oba te nurty, ale to wymaga obsady o wyrównanych umiejętnościach. McIntyre roztropnie stawia na Rosalindę Michelle Terry i jej pogoń za sześciopakiem Simona Harrisona... to znaczy za Orlandem. Dzięki temu Terry ma przyzwolenie na totalne szaleństwo i w pełni z niego korzysta. Jest Rosalindą niezwykle zabawną i ekspresyjną. Jej występ jest jak manna z nieba dla spragnionej zabawy publiczności.

Przy czym widać, że w Terry drzemie znacznie subtelniejsza, bardziej liryczna Rosalinda i wspaniale byłoby ją kiedyś zobaczyć. To, że potrafi podawać Szekspira z niezwykłą maestrią, wiemy z jej ról w National Theatre i RSC – zresztą ślad tego potencjału widać w wygłaszanym przez nią epilogu. Szkoda, że nie starczyło miejsca na więcej poezji kosztem pożądania.

Z kolei Orlando w wykonaniu Harrisona to mrukliwy przystojniak, rodzaj Tarzana z lasu Arden czekającego na oswojenie. Niewiele tu mowy o przemianie bohatera, ale nie jest to błąd krytyczny. Bardziej frustruje sposób, w jaki niemal całkowicie zignorowano kwestię pomyłek płci i wynikającej z nich niejednoznaczności seksualnej. Owszem, jest jeden intrygujący moment, gdy Orlando wydaje się bliski pocałowania „chłopca” Rosalindy, ale chwila ta jest równie krótka, co napięta. Terry nie stara się zbytnio przybierać męskich cech w swoim przebraniu, ale patrząc na ogólną dynamikę tej produkcji, nie jest to wielkim problemem.

James Garden jako cyniczny (w bardzo nowoczesnym sensie) Jakub tworzy postać pozbawioną melancholii, za to ociekającą sarkazmem. Efekt jest zabawny, choć w inny sposób niż można by przypuszczać. Po raz kolejny cierpi na tym warstwa poetycka, ale McIntyre nie kładzie na nią nacisku, więc nie ma tu zaskoczenia.

Ellie Piercy (Celia), Sophia Nomvete (Audrey) i Gwyneth Keyworth (Febe) są pełne wigoru i zabawne, każda na swój sposób. Wśród mężczyzn najlepiej wypadają Perri Snowdon, Jack Monaghan i Phil Whitchurch. David Beames jest szczerze mówiąc nieprzekonujący w roli obu książąt (gra zarówno wygnańca, jak i uzurpatora) i bardzo trudny do zrozumienia; William Mannering jako brat Orlanda, Oliwer, jest zbyt mdły, a w jego pierwszym spotkaniu z Celią zabrakło prawdziwego olśnienia.

Muzyka Johnny'ego Flynna jest osobliwa, ale wpadająca w ucho i choć nie oddaje ducha lasu czy natury, rytm jest wyraźny, a nastroje trafione. Andrew D Edwards wzbogacił scenę Globe o długie rampy, tworząc więcej przestrzeni do gry, więcej okazji do interakcji z publicznością i więcej kontrowersyjnych wizualnie obrazów. Jednak jego sposób przywołania lasu Arden (minimum zieleni, za to filary ozdobione złotymi liśćmi) jest równie powierzchowny (i skuteczny), co wizja McIntyre dotycząca różnic między temperamentem dworu a zmysłowością sielskiego Arden.

Nie jest to wykwintne ani szczególnie romantyczne „Jak wam się podoba”. Ale dostarcza solidnej rozrywki, a historia opowiedziana jest z dużą klarownością. Surowa, rubaszna energia spektaklu jest tak wszechobecna, że mogłaby służyć za podtytuł szalonej brytyjskiej komedii.

I w sumie słusznie. To jest Globe, gdzie popularność i zadowolenie widzów stojących pod sceną są priorytetem. McIntyre i jej zespół, z energiczną Terry na czele, wywiązali się z tego zadania znakomicie.

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS