WIADOMOŚCI
RECENZJA: Fish In The Dark, Cort Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Udostępnij
Larry David i Rosie Perez w Fish In The Dark Fish In The Dark
Cort Theatre
8 kwietnia 2015
3 gwiazdki
Czas na szczere wyznanie. Zarówno Seinfeld (z wyjątkiem odcinka o Zupowym Nazistcie), jak i Pohamuj entuzjazm (Curb Your Enthusiasm) jakoś mnie ominęły w wielkim wirze, jakim jest amerykańska telewizja. Nie dlatego, że nie byłem zainteresowany, ale po prostu istnieje granica liczby tasiemców, w które można rozsądnie zainwestować swój czas. Wciąż obiecuję sobie, że nadrobię oba seriale, jednak z biegiem lat szanse na to maleją.
To czyni mnie albo idealnym widzem, albo osobą, której nikt nie spodziewałby się w kolejce po bilet na nową komedię Larry’ego Davida – Fish In The Dark, graną obecnie w broadwayowskim Cort Theatre. Przyszedłem bez oczekiwań, bez nadziei, bez nostalgicznych wspomnień i bez bagażu kulturowych nawiązań. Większą sympatię czułem do obsady drugoplanowej niż do samej gwiazdy wieczoru, bo ich pracę znałem i podziwiałem już wcześniej.
Dla mnie Fish In The Dark było terytorium zupełnie nieodkrytym.
I być może w tym tkwi problem.
W przerwie wszyscy wokół mnie wychwalali sztukę, mówiąc: „świetne, zupełnie jak odcinek Seinfelda czy Curba. To by przeszło w HBO!”. Trudno mi ocenić, na ile to trafne stwierdzenie, ale do momentu antraktu na pewno nie miałem poczucia, że obcuję z wielką komediową literaturą dramatyczną.
Nie znaczy to, że pióro Davida nie jest ostre i zabawne. Jest – i to często. Ale śmiech nie wynika tu z charakterów postaci czy sytuacji; to raczej serie skeczów stand-upowych, które przeszczepiono w ciągły strumień świadomości. Mamy tu historię o umierającym Żydzie, który chce, by jego wdowa nie została sama, ale nie potrafi wskazać, który syn ma się nią zająć. O producencie pisuarów, którego żona pamięta każdy szczegół każdego dnia z ostatnich dwudziestu lat. O nielubianym szwagrze, który twierdzi, że zmarły na łożu śmierci obiecał mu Rolexa. O latynoskiej pomocy domowej skrywającej tajemnicę, która szokuje jej żydowskich chlebodawców. O matce, która nienawidzi żony syna. O podejrzliwym wujku, który nie może uwierzyć, że nastoletnia siostrzenica napisała lepszą mowę pogrzebową dla dziadka niż on sam. O chciwości i lepkich rękach żydowskich mężczyzn z każdego pokolenia.
Nie ma tu nic nowatorskiego. Jest za to mnóstwo sprytu, gier słownych i absurdalnego, specyficznego humoru sytuacyjnego z udziałem archetypowych postaci w szablonowych sytuacjach. Nie ma cienia wątpliwości – to wygląda i brzmi jak sprawnie zrealizowany odcinek serialu telewizyjnego.
Sztuka jest też uderzająco żydowska, a spora część żartów – zarówno sytuacyjnych, jak i słownych – wymaga biegłej znajomości tradycji, języka i kultury żydowskiej. Oczywiście najlepiej czuje się ona przed nowojorską publicznością, gdzie niemal każdy widz doskonale rozumie specyficzny kontekst i idiom.
Najbardziej „teatralnym” elementem produkcji jest spektakularna scenografia Todda Rosenthala. Scena w Cort Theatre nie jest duża, ale Rosenthal wykorzystuje intrygujące, zazębiające się elementy, by stworzyć różne wnętrza – wszystkie wiarygodne i trafione w punkt. Moment odsłonięcia sypialni matki wywołuje salwy śmiechu równe najlepszym żartom, choć duża w tym zasługa jednoczesnego pojawienia się kolejnej postaci. Suta uczta po pogrzebie jest z kolei komediowym majstersztykiem.
Śmierć jest stałą siłą w tej sztuce, co Rosenthal podkreśla obramowaniem proscenium – na wielkim tiulu wyświetlany jest akt zgonu, wypełniany „elektronicznie” przez niewidzialną maszynę do pisania w miarę rozwoju akcji. Dodatkowo, sztuczne obramowanie sceny nawiązuje stylem do dokumentu, więc cień nieuniknionego kresu dosłownie wisi nad głowami aktorów. Zgodnie z najlepszą tradycją komediową, to obramowanie potrafi być zwodnicze.
Jako autor, Larry David doskonale czuje swój materiał i wie, jak uderzyć w komediowe tony. Jednak, mowiąc dyplomatycznie, nie jest on naturalnym aktorem scenicznym. Jego emisja głosu pozostawia wiele do życzenia, przez co bywa trudny do zrozumienia, szczególnie na tle mocnych, wyćwiczonych głosów aktorskich towarzyszących mu kolegów. Brakuje mu też aktorskiego instynktu: nie zawsze potrafi „przytrzymać” widownię, pozwolić jej wybrzmieć śmiechem bez tracenia tempa, czy nie zagłuszać reakcji publiki, przez co czasem umyka jedna (lub siedem) kwestii. Owszem, potrafi wypowiadać kwestie z nutką sarkazmu, porozumiewawczo uśmiechać się do widzów i wymachiwać rękami w geście irytacji – często z bardzo komicznym skutkiem.
Ale on wciąż jest po prostu Larrym Davidem. Ani przez chwilę nie czuć, że staje się graną przez siebie postacią, Normanem Drexelem. Można przypuszczać, że dynamika całego przedstawienia zmieni się całkowicie, gdy 9 czerwca rolę tę przejmie Jason Alexander.
Kreacją wieczoru jest występ promiennej Jayne Houdyshell, która gra seniorkę rodu, Glorię, z zapierającą dech w piersiach pewnością siebie. Jest po prostu genialna – uosobienie manipulującej żydowskiej matki. Jest zabójczo zabawna w ten suchy i zjadliwy sposób, w którym brylowała Anne Bancroft. Jej Gloria jest w pełni autentyczna – to wspaniała, wymagająca, trójwymiarowa gorgona udająca zdruzgotaną wdowę. Boylet! (W jidysz – to nie literówka).
Zastępując niedysponowaną Ritę Wilson, Glenne Headly wypada wspaniale jako długo cierpiąca żona Normana, Brenda – ta od niesamowitej pamięci, serwowania ryby po ciemku (narażając gości na walkę z ukrytymi ośćmi) i niechęci do noszenia szalika spod igły Glorii. Headly daje popis niezwykle precyzyjnego aktorstwa – to komediowy klejnot. Jej głos jest charakterystyczny, chropowaty i fantastycznie brzmi ze sceny.
Rosie Perez jest rewelacyjna jako Fabiana, wieloletnia gosposia rodziny Drexelów. Ma świetne wyczucie czasu i wnosi do swoich scen niezbędną pewność siebie. Kiedy fabuła skupia się wokół niej, sztuka nabiera najlepszego tempa. Jake Cannavale, debiutujący na Broadwayu w roli Diego, syna Fabiany, również spisuje się znakomicie, zwłaszcza w scenie, w której próbuje zwieść Glorię co do swojej tożsamości. Później, jego zdolność do opisania makabrycznego obrazu w niewidocznym dla nas pokoju jest pierwszorzędna i szalenie komiczna.
Johnny Orsini jest idealny (choć niewykorzystany) jako Greg, chłopak córki Normana i Brendy, Natalie. Sama Natalie to dziwaczna niedoszła aktorka, która upiera się, by mówić głosem ćwiczonej postaci – Elizy Doolittle. Może i sprawdziłoby się to w jednej scenie, ale jako powracający żart, motyw ten częściej kuleje niż bawi. Nie jest to wina Molly Ranson, która wykonuje tytaniczną pracę, by nadać tej roli i akcentom sens.
Reszta obsady jest poprawna, ale mało zapadająca w pamięć – robią to, co do nich należy, obsługując swoje schematyczne postacie i dbając o regularne salwy lekkiego śmiechu.
To ciekawy i rozrywkowy wieczór w teatrze. Nowojorczycy i fani Seinfelda/Curba oszaleli na punkcie tej sztuki. Trudno ją obecnie nazwać pełnokrwistym dramatem, bo główna rola nie opiera się na aktorstwie, ale mimo to – wyjdziecie z teatru rozbawieni.
Udostępnij artykuł:
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności