Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Król Lir, National Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Simon Russell Beale jako Król Lir Król Lir Oliver Theatre, National 23 stycznia 2014

Od 2007 roku w Teatrze Narodowym nie było inscenizacji Szekspira, która w tak wielkim stopniu angażowałaby, porywała i wciągała widza jak wznowienie „Króla Lira” w reżyserii Sama Mendesa, wystawiane obecnie w Olivier Theatre. Z pewnością nigdy wcześniej publiczność w tej przestrzeni nie wstrzymywała wspólnie oddechu ani nie patrzyła z tak jednolitym zachwytem na dzieło Barda, jak dzieje się to tutaj.

W dużej mierze jest to bezpośredni wynik filmowego podejścia do inscenizacji, niezwykle sugestywnej scenografii i kostiumów autorstwa genialnego Andrew Warda oraz wyjątkowo skutecznego operowania światłem i mrokiem dzięki Paulowi Pyantowi. To jedna z tych produkcji osadzonych w niemal współczesnych kostiumach, z korzeniami mocno tkwiącymi w wojnach światowych XX wieku, co sprawdza się jednak znakomicie. Wykorzystano całą ogromną scenę Oliviera, tworząc zarówno imponujące, epickie obrazy, jak i momenty cichej intymności. To wspaniała wizja tej trudnej tragedii.

Największe wrażenie robi jednak prostota narracji oraz bogate, niezwykle szczegółowe kreacje aktorskie głównych postaci. To nie jest standardowy „Lir” – mamy tu do czynienia z unikalnym i odświeżająco spójnym podejściem zespołowym. Bez wątpienia jest to najlepsza obsada w National Theatre od bardzo długiego czasu.

Część piękna poetyckiego języka gdzieś ulatuje – prawdę mówiąc, całkiem sporo – ale mimo to w grze aktorów widać tyle zaangażowania, tyle głębi w portretowaniu postaci i taką pewność w prowadzeniu opowieści, że – co rzadkie – traci to nieco na znaczeniu.

Wiele wspaniałych scen wyryje się w pamięci: bezwzględny podział królestwa przez Lira, odegrany z twarzą odwróconą od publiczności, co potęguje siłę i jad kluczowych momentów; wejście Regany i Goneryli, które bez słów doskonale definiuje te podłe siostry; pierwsze pojawienie się Edmunda przypominającego urzędnika i jego transformacja w niemal nadludzkiego, nazistowskiego zdrajcę; ciche, ale hipnotyzujące spojrzenie Regany, gdy jej mąż, siostra i szwagier debatują nad taktyką; twarz Błazna, gdy wraz z Lirem stoją na szczycie góry, mierząc się z żywiołami; pierwsze, dzikie, nagie pojawienie się obłąkanego Edgara (Biedny Tomek); wyśmienite przedrzeźnianie Regany przez Błazna; niespodziewane i szokująco brutalne morderstwo Błazna z rąk oszalałego Lira; wyraz twarzy Lira, gdy patrzy na skutki swego krwawego czynu; okrutne i przerażające oślepienie Gloucestera korkociągiem (wraz z wypadającą gałką oczną); ujawnienie Kordelii i francuskiej armii; czułe pojednanie ślepego Gloucestera i odrodzonego Edgara; pełne udręki wycie Lira, gdy wchodzi, niosąc zwłoki Kordelii, i jego powolne, idealnie oddane konanie; końcowa, subtelna modlitwa Edgara.

Mendes ma jasną wizję „Króla Lira” i realizuje ją po mistrzowsku. Reżyseria jest dynamiczna, inteligentna i odkrywcza. Pierwszy akt, trwający około dwóch godzin, dosłownie przelatuje w mgnieniu oka. Pod względem ogólnej prezentacji i inscenizacji jest to produkcja imponująca i olśniewająca – o lata świetlne wyprzedzająca wszystko, nad czym czuwał Lord Hytner.

Najlepsza kreacja wieczoru to rola Stephena Boxera, który jest absolutnie fenomenalny jako Gloucester. Wyciąga każdą wysoką nutę – dramatyzmu, prawdy i poetyckiej ekspresji. Jego gra trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej chwili. Bez zarzutu.

Anna Maxwell-Martin jako żądna władzy Regana jest wyśmienicie w stylu „Dynastii”. Jej strój, fryzura, sposób palenia papierosów, cała postawa, poczucie wrodzonej wyższości, przeszywające, złośliwe oczy, dziecięce furiatki, niezwykła postawa na pogrzebie męża: jest niewyczerpanym źródłem radości i obrzydzenia jednocześnie. I zginęła w wielkim stylu. Jej orgastyczna reakcja na oślepienie Gloucestera była wstrząsająca, ale idealnie współgrała z jej szczegółową, intensywną grą.

Tom Brooke jest wspaniały jako Edgar – zagubiony, zdystansowany i dający się łatwo oszukać; potem jako Biedny Tomek jest genialny, balansując na cienkiej granicy obłędu. Jego powrót do godności w finale sprawia ogromną satysfakcję. Nieoczekiwanie, Brooke okazuje się doskonały pod każdym względem.

Kate Fleetwood to uosobienie kobiecej stali jako Goneryla. Spięta, z nienaganną fryzurą, jest olśniewająco odpychająca, a zdrada zdaje się wyzierać z każdego jej poru. Jedyna scena, w której rozmawia z Reganą i Kordelią, jest przerażająco autentyczna, ociekająca jadowitą pogardą.

Sam Troughton jako bękart Edmund tworzy najlepszą kreację w swojej scenicznej karierze. Niczym Hitler przeobraża się z drobnego urzędnika w potężnego maniaka, po drodze siejąc śmierć i kłamstwo. To porywczy i głośny złoczyńca, ale jego najlepsze momenty to te najcichsze.

Nigdy nie widziałem Stanleya Townsenda w lepszej formie niż tutaj, w roli skrzywdzonego Kenta. Jest wyśmienity w każdym calu, a jego głęboki, melodyjny głos nadaje całości świetną teksturę.

Michael Nardone robi wrażenie jako książę Kornwalii w wydaniu „etońskiego zbirka z wyższych sfer”. Świetnie współgra z Maxwell-Martin, a jego operowanie korkociągiem przed i w trakcie brutalnego oślepiania Gloucestera jest nienaganne. Tego samego nie można jednak powiedzieć o Richardzie Clothierze, który jako książę Albany jest nużący i bezbarwny. To jedyna niewiarygodna postać w tej stawce, a jego operowanie tekstem jest rażąco niewystarczające.

Olivia Vinall zaczyna słabo jako Kordelia – zbyt dużo krzyku, zbyt mało ciepła – ale zyskuje w akcie drugim. Jej determinacja w szukaniu wsparcia dla ściganego ojca jest autentyczna i poruszająca, a sceny po śmierci bohaterki nie byłyby tak skuteczne, gdyby nie empatia, którą zdołała zbudować u widzów.

Rola Błazna jest trudna do udźwignięcia, ale Adrian Scarborough potrafi być jednocześnie zabawny i wzruszający, spostrzegawczy i dowcipny, wnikliwy i łobuzerski. To wyśmienita mieszanka, która sprawdza się znakomicie. Kiedy Błazen ginie z rąk Lira, wiemy, że zaczęło się zejście do piekła. W bardzo namacalny sposób Lir zabija istotną część samego siebie.

Ross Waiton robi duże wrażenie najpierw jako król Francji, a potem jako kapitan w finałowych scenach.

No i wreszcie – Lir Simona Russella Beale’a.

Nigdy wcześniej ani scena otwierająca, w której starzejący się król kapryśnie dzieli królestwo, kreśląc głębokie linie frontu między córkami, ani finał, w którym życie uchodzi z Lira po wstrząsającym przyniesieniu ciała Kordelii przed oblicze tłumów, nie wybrzmiały tak mocno. Brutalny pokaz nieobliczalnej władzy prowadzi nieuchronnie do szalonego momentu uwolnienia, gdy umiera jego jedyne lojalne i prawdziwie kochane dziecko. W tych dwóch ekstremach Simon Russell Beale błyszczy.

W środkowej części nie jest już jednak tak różowo. Wyglądając, jakby budował postać Lira na wzór Iana Judge'a (włosy, broda, postawa, furia), a jednocześnie podchodząc do pierwszych scen niemal jak do Ryszarda III (wrażenie garbu, dziwnie trzymana ręka, specyficzny chód), Beale bywa zmienny i często fascynujący. Jednak niemal cały tekst, poza finałem, wypowiada w zawrotnym tempie, co osłabia ogólny efekt. Słynny monolog o burzy nie osiąga operowych, doniosłych wyżyn, na jakie powinien się wznieść. Aktor odnajduje humor, ale czasem kosztem dramatyzmu i poczucia tragedii.

Beale podchodzi do roli bardziej intelektualnie niż osobiście czy z wulkaniczną wręcz pewnością siebie. Choć Derek Jacobi mógł być lepszym Lirem w produkcji Grandage'a w Donmar (nigdy nie tracił z oczu pracy z głosem), interpretacja Beale’a jest z pewnością inteligentnie przemyślana i wykonana. Momentami jego gra jest krucha i piękna, wręcz wstrząsająca. Mówi z polotem, ale z precyzyjną, niemal cyzelowaną dykcją. Czasem jednak brakuje mi w nim więcej pasji, większej intensywności niedowierzającego zagubienia, więcej majestatu wynikającego z rangi.

To sprawny i technicznie dopracowany występ. Jednak kapryśne decyzje, które kosztują bohatera tak wiele, są u Beale’a raczej zaobserwowane niż rzeczywiście przeżyte.

Mimo to, nigdy nie widziałem lepszej sceny finałowej: jego wejście ze zwłokami Kordelii jest niemal cudowne w swojej zdolności do zmiany nastrojów i oddania ciężkiej, niszczącej duszę żałoby.

Scenę wypełniają milczący, czujni młodzi mężczyźni grający żołnierzy. Ich liczba robi wrażenie, nastrój jest duszny, pełen urazy i wybuchowy, w miarę jak zmieniają się sojusze. Mendes słusznie zapełnił scenę statystami: nadają oni tragedii realne poczucie przyczyny i skutku, a królewskie intrygi odbijają się echem w całym królestwie.

W wizji Mendesa najbardziej zapada w pamięć to, jak ta sztuka – tak często postrzegana jedynie jako popis dla gwiazdy w roli tytułowej – staje się mroczną medytacją nad wpływem ojców na życie dzieci. Historie Gloucestera i Lira są tu opowiedziane równolegle, a obaj mężczyźni są tak samo ważni: obaj mają dzieci, obaj jedno z nich odrzucają, obaj mylą się co do tego, na kogo mogą liczyć, obaj zostają zdradzeni przez potomstwo i obaj odpowiadają za śmierć własnych dzieci. Takie podejście czyni sztukę zarówno bardziej kameralną, jak i bardziej uniwersalną, a z pewnością bardziej niezwykłą.

Mendes zaserwował nam wieczór z Szekspirem, który jest wartościowy i satysfakcjonujący niemal pod każdym względem. Z czasem Lir Beale'a bez wątpienia zyska na spójności, liryzmie i sile rażenia. Na ten moment jednak to gwiazda Stephena Boxera lśni najjaśniej w tym wystawnym teatralnym widowisku.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS