Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Machinal, American Airlines Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Machinal w produkcji Roundabout Theatre Company. Fotografia: Joan Marcus Machinal

American Airlines Theatre

18 stycznia 2014 r.

3 gwiazdki

W 1928 roku na Broadwayu zadebiutowała sztuka „Machinal” autorstwa Sophie Treadwell – kobiety o niezwykłym życiorysie, która spełniała się jako dziennikarka, autorka 40 dramatów, reżyserka i aktywistka.

Mimo że to trzymający w napięciu dramat ekspresjonistyczny, pełen drapieżnych obserwacji i trafnych spostrzeżeń, utwór ten nigdy nie powrócił na Broadway – aż do teraz, gdy w American Airlines Theatre możemy oglądać inscenizację Lyndsey Turner przygotowaną dla Roundabout Theatre Company.

Turner to reżyserka niezwykle innowacyjna, precyzyjna w każdym detalu, posiadająca niebywałą, wręcz instynktowną zdolność przekładania i konceptualizacji klasyki na język zrozumiały dla współczesnego widza. W przypadku tekstu Treadwell mamy do czynienia z mariażem idealnym i ze wszech miar pożądanym.

Sztuka jest bezkompromisowym atakiem na sposób, w jaki społeczeństwo – a zwłaszcza mężczyźni, choć i kobiety (często pod ich wpływem) – traktuje i wykorzystuje płeć żeńską. Nic więc dziwnego, że zdominowany przez mężczyzn świat Broadwayu nie odczuwał potrzeby wznowienia tego tytułu. Jednak nawet najbardziej zagorzały patriarcha miałby trudność ze znalezieniem skazy w wizji Turner. Reżyserka z wielkim wyczuciem prowadzi nas przez przełomowe dzieło Treadwell, które w dziewięciu migawkowych scenach śledzi życie (lub raczej jego brak) młodej kobiety skazanej na krzesło elektryczne za morderstwo.

Scenografia Es Devlin jest w tej produkcji postacią równie istotną, co aktorzy – to prawdziwy triumf designu. Prosta, art-decowska prostokątna bryła obraca się, stając się kolejno zatłoczonym metrem, małżeńskim domem, szpitalem, podejrzanym barem, kryjówką kochanków, salą sądową i komorą egzekucyjną. Nieustanny ruch dekoracji nieprawdopodobnie potęguje napięcie i pozwala widzowi zanurzyć się w klaustrofobicznym, męskim świecie, w którym musi odnaleźć się bohaterka.

Jane Cox po mistrzowsku operuje światłem, budując atmosferę depresji – zarówno tej historycznej, związanej z epoką, jak i nastroju jednostki. Szczególnie błyskotliwe jest użycie poziomej szczeliny światła przecinającej scenę, co podkreśla uwięzienie młodej kobiety. Cała scenografia regularnie przywodzi na myśl trumnę, w której bohaterka jest zamknięta, a świat zewnętrzny może oglądać jedynie przez ową wąską szczelinę.

Reżyseria i oprawa wizualna łączą się ze słowem, tworząc sugestywny gobelin rozpaczy i narastającego horroru. Z jednym wyjątkiem, obsada jest absolutnie fenomenalna – aktorzy bez wysiłku współpracują, by zrealizować precyzyjną i momentami wystylizowaną wizję świata Treadwell.

Michael Cumpsty jest wspaniale odrażający jako okropny biznesmen sukcesu, który żeni się z bohaterką, by ostatecznie zginąć z jej rąk. Jego umiejętność bycia irytującym i niepokojącym jest mistrzowska – gdyby nie przestał mówić, sam bym go zabił. Morgan Spector znakomicie wypada w roli leniwego lowelasa, który uwodzi młodą kobietę i podsuwa jej myśl o morderstwie – nie z chęci pomocy, a dla podbudowania własnego ego. Spector idealnie oddaje naturę przebiegłego wilka, który powie wszystko, by dopaść ofiarę.

Wspaniała jest scena w nielegalnym barze, gdzie podły, dwulicowy biznesmen grany przez Damiana Baldeta przedstawia bohaterkę Spectorowi. W tym samym czasie po obu stronach rozgrywają się dwie inne miniatury: w pierwszej drapieżny, starszy gej (idealny Arnie Burton) używa pięknych słówek i obietnic pieniędzy, by uwieść ładnego chłopca w beznadziejnej sytuacji życiowej (bardzo przekonujący Ryan Dinning); w drugiej doświadczony cwaniak (pierwszorzędny Dion Graham) namawia kobietę (świetnie trafiona Karen Walsh) na nielegalną aborcję. Dzięki Treadwell i Turner widownia akceptuje te sceny jako naturalne tło, stanowiące jaskrawy kontrast dla relacji bohaterki ze Spectorem. To kawał mistrzowskiej roboty.

Suzanne Bertish jest cudowna jako matka głównej bohaterki. W jednej krótkiej scenie bezdyskusyjnie ukazuje traumę, jakiej córka doświadczała przez całe życie, podczas gdy matka zabiegała jedynie o to, by mężczyźni byli zadowoleni.

Cały zespół wykonuje pracę najwyższej próby – nie ma tu fałszywych nut, pomyłek w tekście czy zachwiania klimatu epoki.

Nic jednak dziwnego, że mimo osiągnięć Turner i jej ekipy, sztuka Treadwell nie ma prawa bytu bez wybitnej aktorki w roli głównej. To karkołomne zadanie: młoda kobieta na początku jest psychicznie zdruzgotana, potem odnajduje cień nadziei na szczęście, by ostatecznie stracić wszystko i zginąć na krześle elektrycznym na oczach widzów.

Choć rola ta jest niemal „czystą kartą”, aktorka dysponująca prawdziwym kunsztem i subtelnością mogłaby uczynić z niej kreację życia. To wyzwanie dla kogoś pokroju Cate Blanchett, Lily Rabe, Rachel Weisz czy Carey Mulligan. Wymaga wirtuozerii, operowania głosem, eterycznej lekkości, głęboko przeżywanego cierpienia oraz nieskazitelnej techniki.

Z pewnością nie potrzebuje jednak kogoś, kto nie potrafiłby zostawić śladu dłoni w mokrej farbie; kogoś, dla kogo monotonia jest drugą naturą, a głos wbija się w świadomość niczym komar w niedostępną część pleców. Rola ta nie znosi kogoś o charyzmie zimnej parówki na Antarktydzie – a jednak to właśnie znacznie przereklamowana Rebecca Hall stała się kartą, którą przyszło grać reżyserce i zespołowi.

To błąd tak fundamentalny, jak obsadzenie Alana Cumminga (mimo jego talentu) w roli Joanne we wznowieniu „Company” Sondheima. Jest to rzecz niesłychana i niemal niewyobrażalna. A jednak Hall tam jest – bolesna w swej bezradności jako bohaterka Treadwell. Jej finałowy krzyk bólu, gdy prąd przeszywa jej ciało, powinien mrozić krew w żyłach i rezonować jako protest przeciwko opresji społeczeństwa; tymczasem brzmiał tak, jakby aktorka ukłuła się w palec podczas szycia.

Widownia również nie dała się nabrać. Letnie oklaski były miażdżącym werdyktem dla rzekomej „gwiazdy”. Nawet podstawieni przez produkcję klakierzy krzyczący „Brava!” nie pomogli – wypełniona po brzegi sala nie wstała z miejsc ani nie wymusiła oklaskami drugiego wyjścia do ukłonów.

Wielka szkoda, bo wizja Lyndsey Turner tej niezwykłej sztuki jest naprawdę imponująca.

Niestety, o Rebece Hall nie da się powiedzieć tego samego.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS