WIADOMOŚCI
RECENZJA: Oppenheimer, Swan Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fotografia: Keith Pattison Oppenheimer
Swan Theatre
31 stycznia 2015
5 Gwiazdek
Mało co potrafi być tak ekscytujące, jak zasiadanie na widowni podczas premiery nowej sztuki i uświadomienie sobie, niedługo po podniesieniu kurtyny, że jest się świadkiem narodzin czegoś doprawdy niezwykłego – pod względem teatralnym, dramatycznym i czysto literackim. Równie porywające jest obserwowanie uznanego, rzetelnego aktora, który daje popis brawurowej gry o oszałamiającym rozmachu i głębi; roli, która z powodzeniem może stać się kreacją życia. Prawdopodobieństwo, że obie te rzeczy wydarzą się jednocześnie, musi być znikome, ale nie niemożliwe: co udowadnia genialny John Heffernan w roli tytułowej i centralnej w nowej, promiennej i wciągającej sztuce Toma Mortona-Smitha Oppenheimer. Wystawiany obecnie w Swan Theatre Royal Shakespeare Company w Stratford-upon-Avon spektakl w znakomitej reżyserii Angusa Jacksona to rzadki przypadek fuzji nauki, prawdziwych emocji, ludzkich opowieści o stracie, miłości i tragedii, a także poezji, polityki, wojskowego drylu i wydarzenia, które zmieniło losy świata. Rzecz traktuje o Projekcie Manhattan i wyścigu Oppenheimera z czasem, by stworzyć bomby, które zakończą II wojnę światową na Pacyfiku, unicestwiając Hiroszimę i Nagasaki.
W programie spektaklu Morton-Smith pisze:
„Oppenheimer zachowuje w sobie coś z szalonego naukowca. To Victor Frankenstein XX wieku – człowiek, który wypchnął naukę poza to, co naturalne i powołał do życia potwora… Robert Oppenheimer, a w zasadzie cały Projekt Manhattan… funkcjonuje jako mit założycielski współczesnego świata… pierwsze akty zimnej wojny… ziarna maccartyzmu i antykomunistycznej histerii, która zdefiniowała lata 50. Kultura inwigilacji… Sama energia nuklearna nigdy nie wydawała się bardziej obecna, zwłaszcza w dyskusjach o zmianach klimatu i nadchodzącym kryzysie energetycznym… lekcje płynące z bomby atomowej wciąż czekają na odrobienie. Wybory tych ludzi w Los Alamos w latach 40. wpłynęły na naszą politykę i nasz świat. Robert Oppenheimer – być może bardziej nawet niż Einstein czy Stephen Hawking – ukształtował postrzeganie naukowców w naszym społeczeństwie. To epicka historia – iście szekspirowska w swoim wzlocie i upadku…”
To odważne, mocne słowa. Takie, na których mniej zdolny dramaturg mógłby się potknąć. Ale nie tym razem.
Oppenheimer to teatr dający ogromną satysfakcję. Wyjaśnia zawiłości rozszczepienia jądra atomowego, skrupulatnie nakreśla tło polityczne Projektu Manhattan, bada duszę, umysł i serce Roberta Oppenheimera oraz jego najbliższych – a przy tym wszystkim nie brakuje mu polotu i stylu. Wszyscy wiemy, że stworzyli bombę atomową, a jednak każdy etap tej podróży ku najpotężniejszemu wybuchowi w dziejach ludzkości trzyma w napięciu.
Tekst bawi się koncepcjami naukowymi w sposób angażujący i odkrywczy. Ludzie zbliżają się do siebie, tworzą jedność, wokół której krążą inni; potem te jednostki się rozpadają, elementy zmieniają układ, powstają nowe grupy, niektóre cząstki zostają odrzucone, inne się odpychają lub przyciągają – te cykle trwają, angażując silne, unikalne osobowości, aż do ostatecznego punktu krytycznego; druzgocącego, izolującego momentu osobliwości. Całość pędzi niemal z prędkością światła. Jednak dbałość o szczegóły i szczerość, krystaliczna klarowność tekstu, oszczędność dialogów oraz poetyckie niuanse niektórych scen sprawiają, że narracja przeobraża się w prawdziwą supernową opowiadania historii.
Morton-Smith nie wybiela wad Oppenheimera, podkreślając jego osobiste ambicje równie mocno jak pasję do fizyki, jego potknięcia jako męża, żołnierza, menedżera, przyjaciela i brata tak samo jak intelektualną wyższość i poczucie własnych niedoskonałości. Zręcznie ukazuje ludzkie porażki Oppenheimera (zwłaszcza jako ojca), uwypuklając ironię tkwiącą w jego wiecznym statusie „ojca bomby atomowej”. Złożoność Oppenheimera-człowieka dorównuje, a może nawet przewyższa złożoność jego równań matematycznych.
Reżyseria Angusa Jacksona jest bezbłędna. Akcja ani na chwilę nie zwalnia; postacie są nakreślone szybko i wyraziście, a potencjał aktorów wykorzystany w pełni; czułość, żółć, zdrada, miłość, śmierć, gorycz władzy – to wszystko kluczowe pierwiastki tablicy Mendelejewa, którą Jackson stworzył dla tej sztuki. Nie brakuje też efektownych scen – wykłady przy tablicy, naukowcy kreślący kredą po podłodze, tańce, aż wreszcie moment testu bomby na pustyni, gdy obserwatorzy zostają uderzeni falą uderzeniową i napawają się potęgą chwili, skąpani w oślepiającym blasku. Obok tych kulminacji są też ciche momenty o spektakularnej sile, gdy widać, jak niszczycielskie żniwo zbierają podjęte wcześniej decyzje.
Każdy element oprawy stapia się w idealną całość. Robert Innes Hopkins stworzył przepiękne kostiumy z epoki i prostą, lecz wymowną scenografię, która okazuje się znacznie bardziej skomplikowana w kluczowej scenie testu na pustyni; oświetlenie Paula Andersona jest znakomite – buduje świat cieni otaczający Oppenheimera, odzwierciedlając jego naturę, by za chwilę ukazać boską potęgę, jaką władał. Grant Olding dostarczył bogatą, budującą nastrój muzykę, po mistrzowsku wykonywaną przez sześcioosobowy zespół; choreografia Scotta Amblera jest inteligentna i precyzyjna, wzmacniając, a nie przytłaczając dramatyczny wydźwięk całości.
Jednak wszystko to poszłoby na marne, gdyby obsada została źle dobrana. Na szczęście jest ona po prostu doskonała. Każdy aktor bez wyjątku daje tu popis z najwyższej półki. John Heffernan w roli głównej, niosąc na swoich barkach ciężar całego spektaklu, reprezentuje światowy poziom. Jest magiczny, nieuchwytny i wspaniały.
Oppenheimer to trudny człowiek do polubienia, a jednak Heffernan bada każdy aspekt człowieka kryjącego się za genialnym umysłem w najdrobniejszych detalach, przez co – bez uciekania się do taniego sentymentalizmu – zaczynamy mu współczuć. Jego oczy są niezwykłe: błyszczą wiedzą, migoczą humorem, odbijają wściekłość i niedowierzanie, by za chwilę stać się puste, nawiedzone żalem i widmem porażki. Spektrum jego emocjonalnego zaangażowania jest obezwładniające.
Heffernan doskonale operuje głosem, a w wielu monologach Oppenheimera tkwi prawdziwe piękno. Wspomnienie upokorzeń i wykluczenia w czasach nastoletnich boli nas fizycznie; rozmowa o adopcji córki jest przerażająca i wstrząsająca, a jednocześnie symbolizuje potrzebę bohatera, by wycofać się z normalnego życia dla dopełnienia misji; wewnętrzna udręka związana ze zdradą przyjaciół i wychowanków odbija się w jego wahaniu, a potem zrezygnowanej stanowczości w rozmowach z wojskiem. Wspaniałe jest też brzmienie jego głosu, gdy omawia zagadnienia filozoficzne czy paralele religijne – szczególnie zapada w pamięć przypowieść o ślepcach i słoniu, będąca momentem czystej teatralnej doskonałości. Jego końcowa mowa, naznaczona tragedią, żalem i strachem, rzuca na kolana.
Niezwykle fascynujące w kreacji Heffernana jest to, że pozwala on widowni dowiedzieć się o charakterze Oppenheimera tyle samo z jego reakcji na otoczenie, rodzinę i przyjaciół, co z samych słów. Nawet gdy milczy, Heffernan jest wymowny ponad wszelką miarę.
Umiejętności pozostałych członków obsady wspierają Heffernana na każdym kroku. Wszyscy są w pełni obecni w każdej chwili, pochłonięci swoimi rolami, dodając narracji głębi. Wspólnie szlifują diament Heffernana, pozwalając mu lśnić niezakłóconym blaskiem.
A niektórzy z nich są doprawdy wyjątkowi.
Jack Holden w roli lojalnego naukowca Wilsona jest bezbłędny w każdej scenie, ale moment, w którym konfrontuje się z Oppenheimerem w kwestii moralności Projektu Manhattan po śmierci Hitlera, jest surowy, rozpaczliwy i stanowi moralne centrum sztuki. Holden jest absolutnie rewelacyjny; to wschodząca gwiazda. Ben Allen jest wspaniały jako mrukliwy, genialny Węgier Edward Teller, który marzy o bombie wodorowej i zastanawia się, czy detonacja bomby atomowej nie spali atmosfery ziemskiej. Osobliwy, fascynujący i całkowicie przekonujący.
Jamie Wilkes ma świetny epizod jako Einstein, ale w swojej głównej roli – Boba Serbera, prawej ręki Oppenheimera – gra z pewnością i pasją. Jego scena z pilotem, który ma zrzucić bombę, jest zdumiewająco dobra – wypełniona strachem i niepewnością w brawurowym zestawieniu z pewnikami nauki. Jego opis skutków wybuchu w Japonii był paraliżujący, chłodny i beznamiętny, dokładnie taki, jakiego oczekiwalibyśmy od naukowca; ale Wilkes pokazał też pod tą maską człowieka, w sposób subtelny i uroczysty. Piękna robota.
Oliver Johnstone czyni z nastoletniego geniusza Lomanitza prawdziwą perełkę – a scena, w której wraca z frontu i błaga Oppenheimera o pomoc w znalezieniu pracy, łamie serce. William Gaminara jest wyśmienity jako generał Leslie Groves, wojskowy odpowiedzialny za sukces Projektu Manhattan i utrzymanie naukowców w ryzach. Peer Da Silva w wykonaniu Andrew Langtree stanowi dobrą przeciwwagę dla nieco bardziej oświeconego stanowiska Grovesa, bez popadania w karykaturę sztywnego konserwatysty. Finałowy monolog Gaminary o znaczeniu munduru mógłby brzmieć jak ideologiczny bełkot, ale zamiast tego obnaża kolejny tragiczny wybór Oppenheimera.
Catherine Steadman, pełna erotycznego napięcia i śmiertelnie okaleczona emocjonalnie, jest fenomenalna jako Jean Tatlock, kobieta, która może doprowadzić Oppenheimera do obłędu: jej finałowa mowa opisująca własną śmierć hipnotyzuje; to popis powściągliwej, głębokiej rozpaczy. Thomasin Rand lśni jako Kitty, kobieta, którą Oppenheimer odbiera mężowi – tak jak później odbierze poczucie bezpieczeństwa swoim uczniom i życie setkom tysięcy niewinnych Japończyków, bo tak chce i uważa za konieczne. Rand z podziwu godną precyzją kreśli proces staczania się Kitty w otchłań niewyobrażalnego bólu i samotności.
Na szczególne uznanie zasługują także Daniel Boyd, Laura Cubitt, Sandy Foster, Joel Maccormack i Tom McCall; prawdę mówiąc, nikt tu nie stawia fałszywego kroku. To młoda, energiczna i szalenie utalentowana obsada – co dobrze wróży brytyjskiemu teatrowi na najbliższe dwadzieścia lat.
Morton-Smith napisał arcydzieło, które Angus Jackson obsadził i wyreżyserował w sposób wydobywający z niego pełnię blasku i mocy. Podobnie jak wcześniej „Matylda” czy dylogia „Wolf Hall”/„Bring Up The Bodies”, Oppenheimer powinien trafić na West End, a potem na Broadway. To sztuka o współczesności, choć przebrana w kostium historyczny – pozycja obowiązkowa, która skłania do refleksji. Ma wiele do zaoferowania każdemu.
Pozycja absolutnie obowiązkowa.
Oppenheimer jest wystawiany w The Swan Theatre w Stratford do 7 marca 2015 roku.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności