WIADOMOŚCI
RECENZJA: Oresteja, Almeida Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Oresteja w Almeida Theatre. Zdjęcie: Alastair Muir Oresteja
Almeida Theatre
12 czerwca 2015
3 Gwiazdki
Orestes, syn Agamemnona i Klitajmestry, staje przed sądem oskarżony o morderstwo matki – która wcześniej zabiła jego ojca, bo ten złożył w ofierze jego siostrę. W swojej obronie wygłasza pełną pasji mowę:
„Nie ma jednej prawdziwej wersji. Nie ma. Nie istnieje jedna opowieść – linia prawdy ciągnąca się od początku do końca. To się już nie zdarza, a może nigdy nie miało miejsca. Nawet gdy to teraz mówię, w głowie każdego z was powstają własne wersje; różne soczewki skierowane na to samo zjawisko w tym samym czasie, a jednak widzące je inaczej. Wszystko zależy od zbyt wielu czynników – od waszego dnia, od tego, co czujecie do własnej matki, od myśli, która wyprzedziła tę obecną. To wszystko nas zalewa. Cała ta sprawa jest beznadziejna, bo wasze mózgi tworzą historie, w których to wy macie rację”.
To stwierdzenie odnosi się zarówno do samego tekstu, jak i do kwestii, o której mówi Orestes – czyli jak oceniać czyny drugiego człowieka.
To jest „Oresteja”, a nie Ta Oresteja – klasyczna trylogia (Agamemnon, Ofiarnice, Eumenidy), która przyniosła Ajschylosowi nagrodę w 458 r. p.n.e. i jest uznawana za „oryginalny dramat rodzinny” oraz fundament współczesnego teatru. Produkcja w Almeida Theatre to swobodna, nieco narcystyczna, filmowa i luźna „adaptacja” Roberta Icke'a, która otwiera sezon Grecy w reżyserii Ruperta Goolda.
Argument Orestesa trafia w sedno teatru w ogóle – odbiór każdego spektaklu zależy od czynników, o których wspomina – ale jest szczególnie trafny w przypadku adaptacji lub wznowień, w których reżyser (tutaj będący również autorem adaptacji) chce postawić konkretne tezy.
Ajschylos pisał w czasach, gdy patriarchat był oczywistością, a zemsta krwawa – de rigeur. Prawdę mówiąc, trylogii Ajschylosa przypisuje się pchnięcie koncepcji sprawiedliwości naprzód, oddzielenie zemsty od prawa i podkreślenie domniemania niewinności. Robił to jednak w ramach struktur społecznych swojej epoki, dlatego każda dzisiejsza interpretacja wymaga uważnego osadzenia w kontekście.
Icke w swojej adaptacji przyjmuje zdecydowanie feministyczną perspektywę, co jest godne uznania. To Klitajmestra jest tu centralną postacią władzy, a nie Agamemnon czy Orestes (choć, co ciekawe, tytuł nadal nosi imię syna). Spotykamy też inne silne kobiety: Elektrę, Atenę czy Furię – Ślepą Sprawiedliwość. Jednak kulminacja dramatyczna następuje, gdy jeden z oskarżycieli Orestesa – pod postacią zmarłej Klitajmestry – stawia pytanie:
„Siostra, ojciec, matka – nie żyją. To musi się skończyć. Ale pozwólcie, że zapytam: dlaczego morderstwo matki liczy się mniej niż ojca? Bo kobieta jest mniej ważna. Dlaczego motyw zemsty matki jest niższy niż syna? Ona pomściła córkę; on ojca. Ponieważ kobieta jest mniej ważna. Ta kobieta zapłaciła najwyższą cenę. Ale ten gmach nie może być miejscem, w którym kobieta jest mniej ważna”.
Brzmi to wspaniale. Lia Williams, wypowiadając te słowa, wspina się w tej scenie na wyżyny swoich aktorskich możliwości.
Ale... to wszystko to bzdura. I całkowite chybienie w sedno przesłania Ajschylosa.
Po pierwsze, Klitajmestra nie stanęła przed sądem, więc kwestia równości w ogóle się nie pojawia. Po drugie, Orestes dokonał zemsty zgodnie z ówczesnym obyczajem – dylemat moralny Ajschylosa polegał na tym, komu Orestes jest winien większą lojalność: zamordowanemu ojcu czy matce, która go urodziła i wykarmiła, ale zabiła męża? Sąd nie rozpatruje jednak zemsty, lecz sprawiedliwość. Pytanie brzmi, czy jest winny, czy niewinny. Nikt nie zadał tego pytania Klitajmestre. Po trzecie, nikt nie wydaje się poruszony rolą Elektry, która podżegała brata do zbrodni. Częściowo dlatego, że w tej wersji Elektra wydaje się nie istnieć realnie; jest zepchnięta do roli szalonego wspomnienia lub fantazji Orestesa, choć w oryginale była jego siostrą i to ona parła do zemsty na matce. Po czwarte, morderstwo Egistosa, kochanka Klitajmestry, również dokonane przez Orestesa, nie zostaje nawet uznane za godne procesu. Czyżby śmierć mężczyzny była niczym w porównaniu ze śmiercią kobiety?
Nie chodzi o to, by sugerować, że kobiety mają w życiu równe szanse – nie mają, co jest błędem i wymaga zmiany – a jedynie o wskazanie słabych punktów w podejściu Icke'a. Mamy tu wspaniałe obrazy, mocne wymiany zdań i genialne przebłyski inspiracji, ale jako całość ta „Oresteja” nie klei się dramatycznie. Spektakl trwa trzy godziny i czterdzieści minut, z czego bardzo wiele poświęcono na zwykłe „zabijanie czasu”.
Pierwszy akt to dramatyzacja fragmentu, który u Ajschylosa chór załatwia dość szybko – opowieści o decyzji Agamemnona o poświęceniu córki, Ifigenii, by zapewnić pomyślność w wojnie trojańskiej. Jest to rozwlekłe, nużące i choć bywają tu momenty surowej siły (jak obraz ojca tulącego córkę wydającą ostatnie tchnienie), to z dramatycznego punktu widzenia tak obszerne potraktowanie tego wątku nie znajduje uzasadnienia.
W pierwszym akcie jest też mnóstwo wrzasku. Nic tak skutecznie nie gasi potencjału dramatycznego jak nieustanny krzyk. Może z wyjątkiem głośnej dmuchawy, która choć tworzy ciekawy efekt, całkowicie uniemożliwia usłyszenie dialogów.
Akt drugi jest znacznie lepszy, częściowo dzięki znakomitemu Luke’owi Thompsonowi w roli Orestesa, który wysuwa się na pierwszy plan u boku swojej terapeutki/śledczej (precyzyjna i opanowana Lorna Brown) oraz potężnej Elektry w wykonaniu Jessiki Brown Findlay. Głównym osiągnięciem Icke’a w tej adaptacji jest defragmentacja liniowej narracji – ujęcie całości jako fragmentów śledztwa sprawia, że to, co ulotne, zapamiętane i rzeczywiste, zaczyna się przenikać. Czy oglądamy fakty, czy tylko wspomnienia Orestesa?
To sprytne, innowacyjne podejście ożywia akcję i daje pole do popisu dla wstrząsających obrazów. Śmierć Agamemnona to dosłownie krwawa jatka, a Icke wraz z Natashą Chivers serwują nam wyjątkową reżyserię świateł – nagłe wyciemnienia budzące pierwotny lęk, upiorne refleksy przeszłości i użycie kamer, które nadaje całości nowoczesny sznyt. Jest też licznik LED odmierzający czas rzeczywisty, co skutecznie buduje poczucie narastającej presji.
W trzecim akcie Elektra spotyka Orestesa przy grobie ojca i szybko staje się jasne, że żałoba jej nie służy. Namawia brata do zgładzenia matki. A może jednak nie? Czy jest ona tylko wytworem umęczonego umysłu Orestesa po dokonanej zbrodni? Ostatecznie, poza wspomnianą wcześniej kwestią, ma to niewielkie znaczenie. Akcja pędzi naprzód, przez pojawienie się Egistosa u boku Klitajmestry, aż do nieuchronnego podwójnego morderstwa.
Nagle spektakl zmienia ton i przenosi nas na salę sądową. Ta zmiana jest gwałtowna i dezorientująca – widz czuje się jak sam Orestes: oszołomiony i niepewny. Na sędziowskim stolcu zasiada bogini Atena, więc wiemy, że żarty się skończyły. (Hara Yannas, nieczytelna, lecz fascynująca jako Kasandra w drugim akcie, jest znakomita jako majestatyczna Atena). Orestes w wykonaniu Thompsona jest przytłoczony powagą sytuacji; aktor gra tu koncertowo: jest magnetyczny, intensywny i pełen wewnętrznej złożoności.
Zresztą cała obsada jest w tej scenie w szczytowej formie. Formalizm sali sądowej pozwala na oszczędne, ale celne aktorstwo; oskarżyciele przemawiają nie tylko jako prawnicy, ale jako upiory postaci z poprzednich aktów. Annie Firbank jako Furia szukająca ślepej sprawiedliwości jest upiornie doskonała, gdy po omacku krąży po wielopoziomowej scenie, przywołując myśl o powolnych młynach sprawiedliwości.
Był moment, w którym publiczność wstrzymała oddech. Czy to będzie interaktywne? Czy naprawdę poproszą nas o wydanie wyroku? Kobieta obok mnie szepnęła pod nosem „Winny”, ale para za mną była innego zdania. Prawdę mówiąc, byłoby lepiej, gdyby Icke pozwolił widzom wybrać. Wynik mógłby być z góry ustalony, ale sam proces podejmowania decyzji mógłby być pouczający.
Ostatnie obrazy Thompsona – wciąż w ubraniu przesiąkniętym krwią matki, świeżo uniewinnionego, wolnego człowieka, który raz po raz pyta: „Co mam teraz robić?”, są prowokacyjne i druzgocące. Może i jest wolny, ale musi żyć z samym sobą – to los być może gorszy niż śmierć.
Ogromny ciężar spoczywa na barkach Angusa Wrighta (Agamemnon/Egistos) i Lii Williams (Klitajmestra). Po pierwszym akcie oboje radzą sobie z rolami, ale żadne z nich nie wydaje się wystarczająco „osadzone” czy targane emocjami, by w pełni przekonać widza. Wright najlepiej wypada jako Egistos i w scenie sądu; jest zbyt szczupły i tyczkowaty, by przekonać jako szorstki wojownik z siłą do zdobycia Troi. I choć ma potężny głos, zbyt często krzyczy, zapominając o pauzie i tempie, zwłaszcza w nużącym pierwszym akcie.
Williams jest elegancka i przebiegła, ale brakuje jej pewnego ciężaru gatunkowego, tej bezwzględności wpisanej w naturę postaci. Jej Klitajmestra jest tak nowoczesna i zmanierowana, że brutalna wściekłość, która ją napędza, nigdy nie wybrzmiewa w pełni. Ona również nadużywa krzyku.
Hildegard Bechtler całkowicie odmieniła przestrzeń teatru Almeida stylowym projektem, który łączy władzę z domowym ogniskiem. Wielka wanna służy niemal jako ołtarz ofiarny, a później zasiada na niej Atena. Ruchome panele pozwalają na jednoczesne tworzenie wielu obrazów. Rodzinny stół jest obecny niemal cały czas, symbolizując więzi, a później ból pustki. Cztery solidne greckie kolumny kotwiczą teraźniejszość w przeszłości. To wspaniała, niemal kliniczna scenografia – miejsce, w którym może wydarzyć się wszystko.
Jednak ta „Oresteja” za bardzo się dłuży. Nic nie usprawiedliwia długości pierwszego aktu. Icke powinien odważniej ciąć materiał, opowiadać historię klarownie, bez zbędnego gadulstwa. Więcej liryzmu, a mniej rozwlekłych dygresji pozwoliłoby skrócić tekst o godzinę, co bez wątpienia wyszłoby mu na dobre i pozwoliło poczuć pulsujące serce tej opowieści.
W eseju w programie Simon Goldhill, profesor Cambridge, zauważa:
„Niebezpieczeństwem dla każdego klasyka jest to, że zastyga w aszpiku – staje się nieświeżym daniem podziwianym z obowiązku. Oresteja Ajschylosa to jedno z największych dzieł kultury zachodniej, ale wymaga ciągłego ożywiania, by przemówiło z należytą mocą. Wszyscy tłumacze to zdrajcy, ale niektórzy z nich okazują się wyzwolicielami, którzy pozwalają nam przewartościować to, co ważne, i spojrzeć na świat z nowej perspektywy”.
Zapewne ma rację. Robert Icke wydaje się jednak bardziej alchemikiem niż wyzwolicielem. Przerobił Ajschylosa na coś zupełnie innego, zdecydowanie nowoczesnego i chwilami porywającego. Ale stworzenie nowej wizji to nie to samo, co wydobycie światła z klasycznego tekstu.
Ciekawe, czy Icke – wzorem Ajschylosa sprzed 2400 lat – zgarnie za tę „adaptację” jakieś nagrody. Kasandra pewnie powiedziałaby, że tak.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności