Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Sunny Afternoon w Hampstead Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Sunny Afternoon

Hampstead Theatre, przed przeniesieniem na West End

5 maja 2014

3 Gwiazdki

Co sprawia, że musical jest dobry? Jaka jest różnica między sztuką z piosenkami a musicalem? Czy to rozróżnienie w ogóle ma znaczenie lub realnie istnieje? Czy aktor różni się od wykonawcy teatru muzycznego, czy może ten drugi to po prostu aktor z dodatkowymi umiejętnościami? Co nadaje nowemu musicalowi wartość? Czy istnieje różnica między musicalem typu juke-box a klasycznym book musicalem? A jeśli tak, to czy powinna istnieć?

Wszystkie te pytania stają się niezwykle aktualne podczas premierowego spektaklu Sunny Afternoon (muzyka i teksty: Ray Davies, libretto: Joe Penhall) – najnowszej produkcji Edwarda Halla w Hampstead Theatre.

To historia The Kinks, angielskiej grupy, która była jedną z najważniejszych sił na brytyjskiej scenie muzycznej przez trzy dekady, od lat sześćdziesiątych po późne dziewięćdziesiąte. Ich bogaty dorobek stanowi oprawę muzyczną spektaklu, a dzieje zespołu – oś narracyjną.

A przynajmniej powinny.

Można bowiem wyjść z tego przedstawienia, nie wiedząc zbyt wiele o tym, dlaczego zespół w ogóle powstał, dlaczego tak dobrze im się ze sobą pracowało lub co sprawiło, że przetrwali tak długo. Libretto Penhalla jest bowiem dość oszczędne w szczegółach i precyzji.

Niemal niemożliwe jest jednak opuszczenie teatru bez natychmiastowej chęci przesłuchania utworów, które stworzył płodny zespół The Kinks. Czy to właśnie jest ostateczny wyznacznik dobrego musicalu? Pragnienie usłyszenia tych hitów ponownie? Jeśli tak, ta produkcja to triumf.

Jednak wymagania wobec wielkiego musicalu są szersze. Przynajmniej od czasów Rodgersa i Hammersteina partytura musi być nie tylko wpadająca w ucho, ale też rozwijać postacie i fabułę. W świecie musicali typu juke-box niedoścignionym wzorem jest Jersey Boys; tam historia piosenek jest nierozerwalnie splatana z samymi utworami i losami ich twórców.

W ostatnich dwudziestu minutach Sunny Afternoon Penhall, Davies i Hall idealnie trafiają w ten balans. Cała sekwencja, od momentu, w którym gitarzysta Pete wyraża wątpliwości co do pozostania w zespole, aż po finał, jest magiczna, angażująca i chwytająca za serce – dokładnie taka, jaki powinien być dobry musical. Każdy występ w tej części osiąga właściwy poziom, zarówno wokalnie, jak i pod względem szczertego, pełnego emocji aktorstwa. Tutaj wszystko ma znaczenie, wszystko się czuje i wszystko działa.

Nic dziwnego, że tłum szaleje przy końcowej kurtynie, a owacje na stojąco i radosna histeria trwają przez całe bisy. Widzowie są świadkami rzadkiego zjawiska teatralnego: musicalu juke-box, który przynajmniej w części działa jak rasowy book musical, gdzie znane przeboje popychają fabułę i rozwój postaci do przodu.

Wyobraźmy sobie zatem, jaki byłby efekt, gdyby finezję i styl finałowych scen udało się utrzymać przez cały spektakl? Gdyby klarowność i płynne przeplatanie piosenek z narracją były stałym elementem?

Pierwszy akt jest jednak nierówny – niektóre utwory są dość topornie wciśnięte między bloki dialogów, podczas gdy inne działają bez zarzutu. Dominuje niespójność. Nigdy nie jest wprawdzie fatalnie ani nie do naprawienia nudno, ale nie jest to też poziom, który show ewidentnie mógłby osiągnąć, co udowadnia zakończenie.

Początek drugiego aktu – sceny w Ameryce podczas trasy The Kinks – jest dość bolesny, przeładowany kliszami i anachronizmami. Co gorsza, to właśnie wtedy muzyka najbardziej oddziela się od narracji, a postacie od swoich motywacji i prawdy scenicznej.

W pierwszym akcie i na początku drugiego dzieło przypomina bardziej sztukę z piosenkami. Głównym motorem są słowa, a muzyka służy jedynie jako interpunkcja lub kontrast. Jednak w ostatnich dwudziestu minutach to zdecydowanie musical i to cholernie dobry.

W programie cytowany jest Penhall, który twierdzi:

„Piosenki Raya są wyjątkowo dobrze skrojone pod teatr, w sposób, w jaki nie jest praca żadnego innego twórcy piosenek”.

Doprawdy? Można przypuszczać, że Bernstein, Rodgers, Sondheim, Flaherty, Guettel, Robert-Brown, Lippa, Shaiman, John, Tesori czy Kitt (a lista ta nie jest wyczerpująca) piszą utwory o wiele lepiej dostosowane do sceny niż te, które stworzył Davies.

Być może jednak to stwierdzenie wyjaśnia główny problem spektaklu. Piosenki Daviesa, mimo swojego geniuszu, nie powstały z myślą o tej sztuce. Dlatego, mimo tkwiącego w nich potencjału narracyjnego, wymagają niezwykle starannego wplecenia w fabułę, która by ich potrzebowała. Poza ostatnimi dwudziestoma minutami Penhall takiej fabuły nie dostarczył.

Edward Hall reżyseruje, ale ma się wrażenie, że zdaje mu się, iż prowadzi dramat, a nie musical. W prezentacji brakuje muzykalności, o którą aż się prosi. Adam Cooper przygotował jednak doskonałą, zwinną i porywającą choreografię, którą zespół wykonuje z wielką klasą.

Projekt dźwięku Matta McKenziego nieustannie rozczarowuje. Hampstead Theatre nie jest dużą przestrzenią, a mimo to balans między głosem a instrumentami rzadko jest właściwy. W efekcie teksty, zwłaszcza te śpiewane przez Johna Dagleisha jako Raya, giną lub są niewytłumaczalnie przytłumione. To ogromna szkoda – bo kiedy już go słychać, Dagliesh robi duże wrażenie.

Ray jest tu centralną postacią, więc na barkach Dagleisha spoczywa wiele i w dużej mierze staje on na wysokości zadania. Niestety poświęcono zbyt mało czasu na to, by publiczność mogła go polubić i z nim sympatyzować. Powoduje to, że spektakl wydaje się bardziej poszatkowany, niż byłby, gdyby widzowie „zakochali się” w głównym bohaterze, a tego ten gatunek wymaga. Dagliesh jest pewny siebie i zdolny, ale brakuje mu magnetyzmu i serca, którego musical oczekuje od swojej gwiazdy.

Współpracownicy Dagleisha radzą sobie lepiej. Ich role, choć drugoplanowe, mają w sobie więcej emocji, co daje świetny efekt. Najlepszy jest Ned Derrington jako Pete – szczery, cichy gitarzysta, który nie zna własnej wartości. Derrington jest fantastyczny od początku do końca, świetnie śpiewa, a w swoim wielkim momencie w drugim akcie gra po prostu koncertowo.

Równie dobry jako niepokorny i gotowy na wszystko młodszy brat, Dave, jest George Maguire. To wulkan skumulowanej energii i buntowniczej furii przeciwko systemowi – z długimi, rzadkimi włosami i inklinacją do hedonizmu. Jest zabawny, ale potrafi w ułamku sekundy stać się śmiertelnie poważny, a jego swobodny tenor dodaje muzyce wigoru.

Ostatni członek kwartetu, perkusista Mick („leniwy facet”), w wykonaniu Adama Soppa jest w doskonałej formie. Jest ospały tam, gdzie inni są pełni zapału lub skupieni na sobie, bywa oschły i zdolny do nagłych wybuchów – to idealne uosobienie „gniewnego chłopaka z Londynu” przy perkusji.

Lillie Flynn jest piękna pod każdym względem jako partnerka, a później żona Raya, Rasa. Śpiewa czysto, słodko i wnosi autentyczne ciepło do każdej sceny. Philip Bird gra kilka ról, wszystkie bardzo dobrze, ale jako pan Davies, skromny ojciec Raya, jest wręcz natchniony.

Miriam Beuther stworzyła efektowną scenografię, ale nie do końca oddaje ona intymną, wewnętrzną podróż Raya, która jest tu kluczowa. Nie tworzy też wiarygodnych przestrzeni dla wielu miejsc akcji. Co dziwne, widownia została przebudowana, by stworzyć długi wybieg (thrust stage) i wejścia po bokach, które przez większość czasu pozostają niewykorzystane. Kiedy już są używane, efekt rozprasza uwagę, zamiast dawać poczucie bliskości czy widowiskowości.

Zupełnie inną sprawą są jej kostiumy: są po prostu boskie i jest ich mnóstwo. Kolorowe, z epoki i pełne życia, świetnie pomagają opowiedzieć historię czasu i miejsca, w którym The Kinks przeżywali swoje triumfy i porażki.

W Sunny Afternoon jest wiele rzeczy, które mogą się podobać, a ogólne wrażenie jest więcej niż zadowalające. To świetna zabawa. Spektakl wart obejrzenia, przy którym trudno się nie bawić.

Jednak... to powinien być absolutny nokaut. Niestety, libretto Penhalla i reżyseria Halla na to nie pozwoliły.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS