Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: This Is My Family, Teatr Lyceum w Sheffield ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Fotografia: Johan Persson This Is My Family Lyceum Theatre, Sheffield 18 października 2014 3 gwiazdki

Narodziny nowych musicali to zawsze trudny proces. Twórcy mają swoją wizję, ale niemal zawsze, chcąc doprowadzić do premiery, muszą iść na kompromisy. Często wynika to z faktu, że producent „wie najlepiej”, chce konkretnej osoby w danej roli, nie może pozwolić sobie na pełną orkiestrację lub domaga się „wpadać w ucho” melodii, wielkich hitów czy większego zespołu (nierzadko z przynajmniej jedną sceną wymagającą od aktorów sporego rozebrania się). Może to być frustrujący i bolesny proces, szczególnie gdy producent obwinia twórców, samo widowisko czy formę za niepowodzenie, podczas gdy w rzeczywistości problemem była sama produkcja.

Wszystko to sprawia, że decyzja Daniela Evansa o wsparciu nowej komedii muzycznej Tima Firtha, This Is My Family (do której Firth napisał libretto, muzykę i teksty piosenek), jest tym bardziej godna pochwały. Spektakl, który obecnie jest w trasie po Wielkiej Brytanii po krótkim wznowieniu w Lyceum, swoją premierę miał rok temu w Crucible Sheffield i odniósł wielki sukces. Od tego czasu część obsady uległa zmianie, ale pod niemal każdym innym względem obecna produkcja pozostaje wierna oryginałowi.

Nie znajdziecie tu krzykliwych, błyszczących dekoracji, żadnego zespołu tanecznego – ubranego czy nie – ani wielkiej orkiestry czy rozbudowanych numerów choreograficznych. Sześcioosobowa obsada, mały zespół muzyczny, kameralna, zabawna i ciepła historia oraz kilka chwil teatralnego geniuszu – oto główne składniki tego sukcesu.

Spektakl jest uroczy pod każdym względem. Jest tu mnóstwo rzeczy, które można polubić, z których można się cieszyć, a nawet takich, które skłaniają do refleksji.

Fabuła jest prosta. Mama i tata poznali się w dzieciństwie, pobrali i lubią swoje małżeństwo. Mają dwoje dzieci: starszego syna, przechodzącego fazę buntu i fascynacji gotykiem przed pójściem na studia, wiecznie mrukliwego, oraz najmłodszą córkę – gwiazdę przedstawienia – błyskotliwą młodą autorkę, która wygrywa nagrodę i może zabrać rodzinę, gdzie tylko zapragnie.

Krąg rodzinny dopełniają ciocia (siostra mamy) – kobieta, która kocha życie i mężczyzn z rzadko spotykaną pasją i apetytem – oraz Nan, matka taty, która powoli odpływa w świat wspomnień.

Akcję napędza miłość i jej wyobrażenia wewnątrz silnych więzi rodzinnych – czym one są, jak funkcjonują i co oznaczają. Temat może i jest dobrze znany, ale tutaj podany z taką życzliwością i radością, że staje się zaraźliwy.

Drugi akt wypada lepiej niż pierwszy, który wydaje się nieco zbyt poszatkowany. Tempo nie zastąpi solidnej fabuły.

W drugim akcie dochodzi jednak do dwóch niezwykłych momentów teatralnej magii, w których kluczową rolę odgrywa babcia May. Jak każda rodzina, ta również karmiła się opowieścią o spotkaniu i miłości rodziców – każdy szczegół wydawał się powszechnie znany. Jednak tutaj, w najlepszej scenie spektaklu, May – częściowo z powodu swojego pogrążenia się w snach – wyjawia tajemnicę, która zmienia i wzbogaca starą rodzinną legendę. To wspaniały moment.

Drugi chwyt to prostota i absolutny geniusz. To chwila odkupienia dla syna i nieopisanej radości dla babci – idealny moment dla całej rodziny. Wyraz miłości i romantyzmu, który jednoczy tę małą grupę. Jako prezent dla May, syn wypuszcza w niebo papierowe lampiony: dryfują one magicznie nad widownią Lyceum. Coś wspaniałego.

Powierzenie jednej osobie odpowiedzialności za cały tekst i muzykę to duże wyzwanie. Choć Firth wykonał dobrą robotę, nie jest to partytura na miarę nagrody Tony, a libretto w kilku miejscach mogłoby być bardziej zwarte. Najlepiej wypadają teksty piosenek – są znakomite.

Muzyka jest przyjemna, ale to czysty pastisz. Główne motywy przypominają hity z Pięknej i Bestii oraz Billy'ego Elliota, co sprawia, że czujemy się z nimi swojsko, ale brakuje tu unikalnego stylu muzycznego całości.

Obsada pod pewnymi względami nie pomaga muzyce. Ani Mama (Clare Burt), ani Tata (Bill Champion) nie śpiewają z taką swobodą, która pozwoliłaby melodiom w pełni wybrzmieć. Burt radzi sobie aktorsko lepiej niż Champion, ale oboje wychodzą z tego obronną ręką, a ich portret małżeństwa ma w sobie odświeżającą, przyziemną i skromną jakość, która bardzo przekonuje.

Marjorie Yates jest wyśmienita jako May, babcia niemal całkowicie pochłonięta przez demencję. To subtelna, wolna od sentymentalizmu rola, która uderza emocjonalnie. W drugim akcie Yates przejmuje scenę z ogromną pasją – jeśli nie uronicie łzy podczas jej głównego numeru, to znaczy, że potrzebujecie pomocy medycznej. Obecność jej postaci porusza trudne, ważne tematy i nadaje całemu dziełu głębi i powagi.

Wybierając aktorów do ról młodych, Evans trafił w dziesiątkę: zarówno Terence Keeley jako Matt, jak i Evelyn Hoskins jako Nicky są doskonali, tak aktorsko, jak i wokalnie. W ich grze jest świeżość, szczerość i ta specyficzna irytacja, tak typowa dla rodzeństwa. Przemiana Matta jest wyraźniej zarysowana w scenariuszu i Keeley oddaje ją perfekcyjnie. Jednak Nicky również się zmienia – w sposób subtelniejszy, mimo że to ona jest w centrum wydarzeń. Hoskins radzi sobie z tym wyśmienicie. Rodzice na widowni z pewnością poczują ten wzruszający moment uświadomienia sobie, że „moja mała dziewczynka dorosła”.

Rachel Lumberg jest idealna jako uwielbiana ciotka, która udziela porad sercowych, jeździ motocyklem i zmienia partnerów jak rękawiczki. Świetny głos i świetnie skrojona postać. Czysta zabawa.

Daniel Evans rozumie musicale. Jego praca tutaj jest pewna, przemyślana i wnikliwa. Z dużą zręcznością tuszuje mankamenty scenariusza, muzyki i niedociągnięcia części obsady.

Scenografia Richarda Kenta jest urocza i pasuje do lekkiego stylu całości. Jej największym atutem jest sposób, w jaki służy pokazywaniu teraźniejszości i przeszłości jednocześnie, co dodatkowo podkreśla doskonałe oświetlenie Davida Platera.

Coś jest jednak nie tak z balansem dźwięku i Nick Greenhill musi to dopracować przed startem trasy. W brzmieniu jest zbyt dużo basu, co często dzieje się kosztem dykcji aktorów. Powinno dać się to łatwo naprawić.

This Is My Family raczej nie zdobędzie nagrody Tony dla najlepszego nowego musicalu, ale to angażujące i dające mnóstwo radości doświadczenie teatralne. To nowa, brytyjska dramaturgia muzyczna – eksperymentalna i interesująca. Zdecydowanie warto poświęcić jej kilka godzin czasu.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS