WIADOMOŚCI
RECENZJA: Wicked w Apollo Victoria Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Wicked
Apollo Victoria Theatre
11 lutego 2015
5 gwiazdek
Jakie są szanse, że uda się przyciągnąć tłumy osiem razy w tygodniu na musical o propagandzie politycznej, czystkach etnicznych, rasizmie, niewierności, presji rówieśniczej, morderstwie, obywatelskim nieposłuszeństwie, korupcji urzędniczej, pisaniu historii na nowo, wadach systemu dziedziczenia władzy i okrucieństwie wobec zwierząt? Prawie żadne?
A jednak...
Wicked opowiada o tym wszystkim, ubrane w przewrotną, pełną magii i zielonego jedwabiu formę, i właśnie gra swój dziewiąty rok w Apollo Victoria Theatre. To prawda, że wielu widzów może obejrzeć Wicked i nigdy nie zauważyć tych krążących w tle motywów. I to jest właśnie jedna z największych sił libretta Winnie Holzman, opartego na powieści Gregory’ego Maguire’a. Niezwykle ważne kwestie są podsuwane młodym umysłom (a nawet tym starszym) w sprytnym przebraniu romantycznej komedii muzycznej, będącej prequelem jednej z najpopularniejszych historii dla dzieci wszech czasów: Czarnoksiężnika z krainy Oz. Kluczowe jest, by podejść do Wicked jako do całkowicie odrębnego dzieła; jeśli ktoś oczekuje doświadczenia podobnego do oglądania filmu z Judy Garland, nie uniknie rozczarowania. Wicked ma zupełnie inny klimat, styl i cel, i należy je oceniać według własnych zasług. Znajomość filmu pomaga zrozumieć niektóre żarty, ale nie jest niezbędna, by cieszyć się spektaklem.
W swej istocie Wicked to historia przyjaźni dwóch młodych kobiet, Galindy i Elphaby, pochodzących z zupełnie innych światów, które stają się czarownicami spotkanymi przez Dorotkę, gdy tornado porywa ją z bezpiecznego domu na farmie. Co ciekawe, pytanie o to, co stanowi o dobru i złu, napędza narrację, a wiele rzeczy okazuje się nie być tym, czym się wydają. Na drodze do „szczęśliwego” zakończenia spotykamy wiele znajomych postaci z Oz: Lwa, Blaszanego Drwala, Stracha na Wróble, Latające Małpy, Manczkinów i, oczywiście, Czarnoksiężnika. Pojawiają się też nowe twarze: intrygancka i manipulująca Madame Morrible oraz kozi profesor, doktor Dillamond, któremu upokorzenie i ucisk odbierają głos (dosłownie i w przenośni).
Narracja prowadzona jest dwutorowo: mamy tu ładną, kolorową i romantyczną opowieść o dwóch czarownicach, gdzie outsiderka zdobywa przystojnego księcia (a przynajmniej dziedzica zamku) i żyje „długo i szczęśliwie”; oraz bardziej dorosłą analizę ciężkich tematów, trudnych pojęć władzy, odpowiedzialności i, co najważniejsze, akceptacji.
To właśnie ta płynna dwoistość sprawia, że Wicked od ponad dekady gra przy pełnej widowni na Broadwayu i z pewnością pozwoli osiągnąć dziesięcioletni jubileusz także w Londynie. To, oraz niezwykła i melodyjna partytura Stephena Schwartza. Nie jest to muzyka, która koniecznie zachwyca przy pierwszym kontakcie, choć posiada wiele przebojowych numerów, które szybko wpadają w ucho. To partytura, która zyskuje na bogactwie i złożoności przy każdym kolejnym odsłuchaniu. Bujna i urzekająca, wymaga wspaniałego śpiewu – atrybutu, który nie zawsze był na pierwszym planie przy wyborach obsadowych w Londynie.
Teraz zdecydowanie jest inaczej.
W rezultacie obecne wcielenie Wicked jest najsilniejszym, jakie widział Londyn. Wszystko w tej produkcji jest w doskonałej formie. Zespół jest niezwykle sprawny, tworząc porywające harmonie wokalne oraz zdyscyplinowane obrazy sceniczne i układy taneczne. Oświetlenie (Kenneth Posner) jest ostre i precyzyjne; kostiumy (Susan Hilferty) wyglądają świeżo, idealnie leżą i oczarowują; dźwięk (Tony Meola) jest czysty i wyraźny, choć momentami balansuje na granicy wytrzymałości bębenków widzów. Całość wygląda i brzmi jak produkcja w dziewiątym tygodniu, a nie dziewiątym roku grania.
Najlepszym aspektem tego Wicked jest powrót do sedna: opowieści o dwóch czarownicach, a nie historii jednej zielonej wiedźmy z blondynką w tle. Tytuł to Wicked, a nie Elphaba; to trafny tytuł, bo na różnych etapach i na różne sposoby obie główne bohaterki bywają „niegodziwe”. Moim zdaniem spektakl naprawdę działa tylko wtedy, gdy równowaga między Elphabą a Glindą jest odpowiednio zachowana.
Prawdę mówiąc, bez rewelacyjnej Glindy, Wicked po prostu nie może spełnić swojego zadania.
Na szczęście Savannah Stevenson jest rewelacyjną Glindą, zarówno jako Galinda, jak i Glinda. To bez wątpienia najlepsza wykonawczyni tej roli, jaką widziałem na West Endzie czy Broadwayu. Jako aktorka kompletna jest precyzyjna i klarowna w każdej scenie, z godną podziwu zręcznością przechodząc od rozkapryszonej, skupionej na sobie pannicy po promienną, łagodną dyplomatkę, po drodze wiarygodnie oddając emocje porzuconej dziewczyny, zdradzonej przyjaciółki i idolki tłumów.
Jej wyczucie komediowe jest znakomite, relacja z Elphabą i Fiyero budowana z wyczuciem, a scena z Czarnoksiężnikiem i Madame Morrible, po tym jak wszystko wychodzi na jaw, jest po prostu genialna.
Wokalnie Stevenson zapiera dech w piersiach. Dysponuje pewnym, czystym sopranem, który brzmi ciepło i porywająco w pełnej skali. Bardzo wysokie partie na początku spektaklu w No One Mourns The Wicked są czyste i brzmią bez wysiłku; Popular jest zaraźliwe i pełne życia, a w Dancing through Life oraz repryzie I’m Not That Girl słychać prawdziwe piękno. Najjaśniej lśni w duetach z Emmą Hatton (Elphaba): For Good jest wzniosłe, a pełne jadu What is this Feeling oraz kulminacyjne Defying Gravity dostarczają magicznych doznań. Głosy obu pań idealnie się stapiają, w pełni oddając intencje Schwartza. Ale najlepsza jest jej przejmująca interpretacja Thank Goodness na początku drugiego aktu. Stevenson błyszczy tutaj, kreśląc szczęście i ból Glindy, jednocześnie zachowując maskę promiennej urody. Dzięki jej kreacji Glinda staje się centralną siłą napędową show. Emma Hatton była niedysponowana, więc wystąpiła dublerka, Natalie Andreou. Andreou to świetna Elphaba, bez trudu radząca sobie z dziedzictwem Idiny Menzel w partiach beltowych w Defying Gravity i No Good Deed. W górnych rejestrach jej głos brzmi bogato i ekscytująco. Panuje nad nim w pełni, doskonale różnicując barwy. Jedynie dolne nuty mogłyby być stabilniejsze, co czasem wpływa na słyszalność, ale to drobiazgi, które nie psują ogólnego wrażenia.
Gra Andreou jest dokładnie taka, jaka powinna być – sprawia, że złożona podróż Elphaby staje się zrozumiała i prawdziwa. Jest na zmianę nadąsana, przerażona, ciepła, zagubiona, groźna i inspirująca. Rewelacyjnie buduje relacje, najpierw z Glindą, potem z Fiyero, a szczególnie dobrze oddaje skomplikowaną więź z siostrą, Nessarose, oraz głęboki szacunek do Doktora Dillamonda. Pokazując miękkie serce pod twardą skorupą, Andreou tworzy kompletną, gwiazdorską kreację.
Fiyero to trudna rola do udźwignięcia. Pozornie samolubny, próżny i bogaty „niegrzeczny chłopiec”, jest w rzeczywistości motorem zmian. To spotkanie z nim na zawsze odmienia obie bohaterki. Matthew Croke, zastępujący przebywającego na urlopie Jeremy’ego Taylora, jest doskonały; przystojny, lekki w ruchu, z olśniewającym uśmiechem – to uosobienie bajkowego obiektu westchnień. Dancing through Life jest wykonane popisowo, a duet As Long As You’re Mine z Elphabą kipi pasją. Croke emanuje stylem i wdziękiem, dopełniając centralne trio z wielką klasą.
Katie Rowley Jones, oryginalna londyńska Nessarose, powróciła do roli, a jej kreacja pięknie dojrzała. Jest wspaniała jako niepełnosprawna siostra Elphaby, wnosząc do roli każdą uncję żalu, rozczarowania i gniewu. Kontrolowana desperacja w scenach drugiego aktu przykuwa uwagę. Jest też w świetnej formie wokalnej. Sam Lupton jako Boq daje dobre wsparcie, zwłaszcza w drugim akcie. Ma pewny głos i świetną prezencję sceniczną, choć w początkowych scenach mógłby dodać postaci nieco więcej werwy.
Martyn Ellis jako Czarnoksiężnik znajduje właściwy balans między mistycznym przywódcą a makiawelicznym outsiderem. Udaje mu się trudna sztuka połączenia różnych cech tej postaci w spójną całość, choć momentami przypomina nieco kuzyna Nicely-Nicely Johnsona z krainy Oz. Niemniej jednak, jego urok i rozmach postaci są niezaprzeczalne, szczególnie w drugim akcie. Liza Sadovy jako Madame Morrible trafia w same dziesiątki – jest komiczna i złowroga zarazem, a szczególnie błyszczy w scenach konfrontacji z Glindą.
Świetną robotę wykonuje Philip Childs jako nękany Doktor Dillamond, a Kyle Anthony jest wspaniały jako Chistery – jego ostatnie, niezdarnie wypowiedziane słowa stają się mocnym symbolem nadziei.
Wicked jest w wyśmienitej formie, a obecna obsada wyciąga z niego wszystko, co najlepsze. Jeśli jeszcze go nie widzieliście lub widzieliście dawno temu – teraz jest idealny moment na wizytę w teatrze. Wy również możecie wyjść odmienieni na lepsze.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności